W poszukiwaniu słów

W poszukiwaniu słów - Pani Podróżnik

W poszukiwaniu słów

Siedzę sobie w przepięknej, zimowej Szwecji, której klimat niejednego już pewne przyprawił o depresje. Jak nie pada, to tylko siąpi taki drobny deszczyk, który po jednej minucie sprawia, że wilgoć czujemy dosłownie wszędzie. Jednak to nie deszcz powoduje ból głowy, a wiatr, który nie pozwala normalnie egzystować na dworze i systematycznie nie daje mi spać. Mieszkając w tradycyjnym drewnianym szwedzkim domku, wszystko tak trzeszczy, że zastanawiam się czy już teraz się on rozpadnie, czy może przetrwa do rana? I mimo, iż jestem konstruktorem i wiem, że rozpaść się nie ma prawa, to wszystko tak skrzypi, że aż strach się bać. Jedyny pozytyw z tego wiatru jest taki, że jak już wrócę do mojego wietrznego Gdańska, przynajmniej przez jakiś czas, nie będę narzekać na ten polski, jakże delikatny wiaterek.

Są tu też chwile kiedy wychodzi słońce, warto na nie czekać, bo wtedy jest przepięknie. Majestatyczne skały, błyszczące tafle wody i małe szwedzkie domki powodują, że nawet mnie, wielkiego nerwusa ogarnia spokój. Wszystko zastyga, nie ma pośpiechu, jest tylko tu i teraz. Znikają wszystkie troski, bo i czym tu się przejmować, skoro dookoła, niewzruszony na ogół czas, zastyga i nic się nie dzieje. Lubię te chwile, czuje się w nich bezpiecznie i wiem, że tak oto ja, jestem tym kim jestem i dobrze mi we własnej skórze, a taki spokój w zwykłej codzienności z regały jest dla mnie nieosiągalny.

Rutyna

Który to raz już tu jestem, sama nie wiem. Kolejna ponad miesięczna delegacja zawsze wygląda tak samo. Najpierw strasznie nie chce się jechać, przecież zostawiam codzienne życie – treningi, nawyki i rozrywki i zamieniam je na inne codzienne życie, tylko bez ulubionych osób i rzeczy. Nie są to wakacje i nie poznam tu nic nowego, bo byłam tu już tyle razy, że znam na pamięć każdy kąt tej mieściny. A jednak jadę. Pierwszy tydzień, adoptuję się do sytuacji. Wyrabiam sobie codzienną rutynę. Pasję typu wspinanie, czy acroyoga zamieniam na miejscową siłownie i bieganie po okolicznych kamieniach. Ulubiony serek wiejski z kiwi muszą zastąpić mi odgrzewane kotlety i na dodatek mam problem z internetem i nie mogę spokojnie porozmawiać z bliskim na skype.

Przez kolejne dwa tygodnie rutyna wypełnia moją przestrzeń. Przyzwyczajam się do niej i stwierdzam, że w sumie to jest ok, nie narzekam i jest mi dobrze z codzienną, wieczorną samotnością. Przeczytałam już wszystkie zabrane ze sobą książki, w końcu mam chwilę żeby pouczyć się hiszpańskiego, jednak po jakimś czasie nie bawi mnie już to tak jak na początku, a narzucony schemat treningowo-pracowo-żywieniowy przestaje mi się już tak bardzo podobać. Zaczynam coraz więcej myśleć.

Szwecja Pani Podróżnik

W kolejnym tygodniu mam ogromny mętlik w głowie. Natłok myśli wiruje mi wokoło, co chwilę coś innego. Skaczę z tematu na temat, nie potrafię skupić się na tym co jest ważne, bo za szybko ucieka. Chcę napisać o tym i o tym, przecież mam tyle przemyśleń, ale nie mogę zacząć. Tak naprawdę to nie wiem od czego mam zacząć, który temat jest ważniejszy? W głowie powstają najróżniejsze koncepcje, tworzą się gotowe zdania, ale zawsze w tym nieodpowiednim momencie, kiedy to nie mogę usiąść i przelać ich na papier. Zrobię to wieczorem, mówię sobie, a potem o nich zapominam, wypiera je kolejna myśl.

Pewien artykuł

Ostatnio w pewnym znanym, turystycznym magazynie przeczytałam pewien artykuł. Autor pojechał sobie na tygodniowy urlop w poszukiwaniu odpoczynku, i jak się potem okazało weny twórczej. Jak to bywa w tego typu pismach, spodziewałam się dowiedzieć czegoś o miejscu jego destynacji. Może o jakiś zabytkach, może o klimacie miasta lub po prostu o czymkolwiek związanym z podróżą. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy przez całe trzy strony, pan ten, za dnia chodził sobie ulicami miasta (nie pamiętam nawet jakiego, bo nic o nim nie napisał), a wieczorami siedział w hotelowym barze upijając się z braku wspomnianej wcześniej weny.

Szwecja Pani Podróżnik

Tak sobie pomyślałam, że może i fajny artykuł, ale raczej do pisma literackiego, a nie podróżniczego i wtedy zdałam sobie sprawę, że przecież pisać można o wszystkim i wiele osób tak robi, ale moja ścieżka tędy nie wiedzie. Czy jest sens marnować papier lub zużywać klawiaturę komputera, jeśli się nie ma nic do powiedzenia? Moim zdaniem nie, ale z drugiej strony, to przecież ta ocena jest bardzo subiektywna. Pewnie moje słowa, to dla niektórych też nic niewnoszące w ich życie bzdury. Wtedy mnie objawiło, że owszem w tekstach chce się z Wami podzielić moimi doświadczeniami, radami, sposobami zwiedzania świata i wieloma innymi rzeczami, ale robię to też dla siebie, bo najzwyczajniej w świecie sprawia mi to przyjemność.

Najważniejsze to zacząć

Uwielbiam ten moment, kiedy po długim czasie kłębienia się myśli, siadam przed pustą wordowską kartką. Zawsze boję się zacząć, nieśmiało wychodzą pierwsze słowa, bo przecież zaraz mogą się one skończyć i co wtedy będzie? Tak się jednak nigdy nie dzieje, z każdym wyrazem, następny wychodzi jeszcze szybciej, już wiem, o czym za moment napiszę, a każdy kolejny wątek niespodziewanie rozwija się i nabiera kształtu. Po ostatniej kropce pojawia się niepewność, że może to jednak nie wyszło tak jak miało, może nie jest tak dobre jakim miało być? Na świeżo poprawiam zaistniałe niespójności, czytam kolejne razy i z wielką dozą niepewności puszczam w świat. Jak wyszło, pozostawiam do waszej oceny, jednak przy każdym komentarzy, świadczącym, że ktoś to przeczytał moje szczęście jest ogromne. Dziękuję.

Szwecja Pani Podróżnik

Taki właśnie był ten ostatni tydzień na szwedzkiej wsi. Ogarnął mnie spokój, który pozwolił uporządkować myśli i poskładać z nich zdania. Po pracy były ćwiczenia, a po nich nastawał wyczekiwany wieczór. Siedziałam sobie w trzeszczącym szwedzkim domku popijając pomarańczową herbatkę i zajadając się pieprzowymi ciasteczkami, byłam spokojna i upajałam się samotnością, tym, że nikt nie zakłóca moich myśli. Jestem tu i teraz, a myśli same zaczęły układać się na papierze.

luty 2017

  • ktoś kiedyś powiedział, że życie na Alasce liczy się zimami tam spędzonymi..w Szwecji jest chyba podobnie – w zimie znaczy..krótki dzień, wiatry, śniegi.. ale im dłużej tam jesteśmy robi się spokojniej..zazwyczaj dzieje się tak w ostatnim tygodniu pobytu, jak w twoim przypadku..wtedy przestaje wiać a myśli same się okładają.. trochę przypomina to ludzi kreatywnych – najlepsze pomysły przychodzą im do głowy w momencie spokoju, ciszy, gdzieś w odległej wiosce szwedzkiej lub polskiej..

    • na Alasce mnie jeszcze nie było, ale rzeczywiście może mieć ona coś wspólnego z zimową Skandynawią. Uświadomiłeś mi, że jechanie tam na parę dni nie ma sensu, bo żeby przeżyć tą ciszę i spokój potrzeba zdecydowanie więcej czasu. Dodaje nowy punkt do mojej listy rzeczy do zrobienie – pomieszkać minimum miesiąc na Alasce i oddać się przemyśleniom 😉 ale to pewnie dopiero za parę ładnych lat. Dzięki za inspirację 🙂

  • A ja mam odwrotnie 😉 na słowo Szwecja, aż chce tam jechać. W takich chwilach jak dzisiaj oddalabym wiele zeby moc byc tam na Północy 🙂 do jakiej miejscowości jeździsz, bo chy
    ba przeoczyłam nazwę ? 🙂

    • Kngshamn (gmina chyba Sotenäs), mała turystyczna miejscowość, wymarła poza sezonem. Tam znajduje się siedziba firmy w której pracuję 🙂