Życie w delegacji, po mojemu

Życie w delegacji

Życie w delegacji po mojemu

Część z Was, widząc ten temat, pomyślała pewnie, że zaraz napiszę tu o imprezach, upojeniu alkoholowym i innych tego typu rozrywkach z jakimi niektórym kojarzą się służbowe wyjazdy. Muszę Was rozczarować. Bo i owszem, krótkie delegacje, wyglądające jak ostro zakrapiana impreza firmowa, pewnie niektórym się zdarzają, ale w tym temacie nie jestem ekspertką, więc wypowiadać się nie planuję i jak szukasz takiej rozrywki to nie czytaj dalej, bo umrzesz z nudów.

Obecnie pracuję w firmie, w której raz do roku, prawie każdy musi pojechać do jej szwedzkiej fili – matki, i tam przepracować dzielnie od czterech do sześciu tygodni. Jedni przyjeżdżają tu odpocząć, inny dorobić pracując po dwadzieścia godzin na dobę, a jeszcze inni nie ukrywają, że po prostu chcą się oderwać od rodziny i w sprzyjających warunkach ponadużywać alkoholu. Ich sprawa, nie mnie oceniać, każdy ma swoje sumienie i na pewno, też swoje racje. Większość z moich kolegów wybiera miesiące ciepłe, a te zimowe omija szerokim łukiem, ja jednak ostatnio wybrałam luty. W dużym szwedzkim domu, mogącym na luzie pomieścić dobre osiem osób, cały miesiąc spędziłam zupełnie sama.

Strach przed samotnością

Ponieważ wszyscy jeżdżą zawsze dwójkami lub trojkami, notorycznie, z wielkim zdziwieniem pytano mnie jak to, jedziesz sama? Mi to pasowało, nie narzekałam i z przyjemnością zanurzyłam się w swoich własnych myślach. Nie rozumiem czemu ludzie tak bardzo boją się samotności i nawet głupi film, wolą obejrzeć z kolegą, nawet tym, za którym nie za bardzo przepadają, niż samemu, bo niby we dwójkę jakoś tak raźniej. Dla mnie ta chęć posiadania non stop drugiego człowieka przy boku jest czysto egoistyczna, nawet jeśli nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. Bo przecież zawsze można liczyć na tą druga osobę, że zorganizuje nam czas lub będzie się nudzić razem z nami.

Życie w delegacji Szwecja

Tak samo jest z telewizorem, kiedy nie wiesz co ze sobą zrobić bezsensownie go włączasz, a jak mówię, że ja nie mam tv, to patrzą na mnie jak na kosmitę, pytając to co ty robisz w domu? Wytłumaczcie mi proszę, po co zabijać czas, skoro i tak pędzi on jak szalony. Po wielu rozmowach zrozumiałam także, że ludzie boją się być sami, bo przecież może się coś wydarzyć i kto im wtedy pomoże lub będzie wspierać w niedoli? Trochę to irracjonalne, ale podświadomość znowu rządzi. Te nasze samozachowawcze mechanizmy, niestety bardzo nas ograniczają i mimo, że jest ciężko, to i tak polecam wyjść poza utarte schematy i próbować nowych rzeczy, nawet jeśli wydaje nam się, że takie rozwiązanie jest nie dla nas. Jak jednak nie spróbujesz, to się tego nie dowiesz.

Życie w delegacji, a miejsce pobytu i jakie to ma znaczenie

Miejscowość, w której przebywam to mała, latem dość turystyczna nadmorska wioska, taka nasza Jastarnia. Zimowy klimat nie sprzyja aktywności na świeżym powietrzu, ciągle wieje i to tak, że czasem wiatr zatrzymuje cię w miejscu. Jak pada to w poziomie, śniegu nie ma, ale jak przymrozi to z powodu wszechogarniającej wilgoci, do pracy zmierzam krokiem posuwistym, dobrze, że poćwiczyłam w tym roku już jazdę na łyżwach, nigdy nie wiesz co i kiedy Ci się przyda. Domek stoi na placu pomiędzy halami produkcyjnymi. Pomiędzy budynkami tworzą się istne kanały powietrze, więc świszcze co nie miara. Wszystko non stop trzeszczy. Na początku ciężko mi się do tego przyzwyczaić. Zdarzają się też noce bez wiatru, jest to na tyle rzadkie, że jak już się wydarzy to jest bardzo dziwnie. Zastanawiam się wtedy, czy może tu straszy?

W takiej ciszy, kiedy nagle coś zastuka, zawsze przechodzą mnie ciarki i tak jak już po jakimś czasie przestaję budzić się od hałasującego wiatru, to zaczynam budzić się w nocy od ciszy.

Kiedyś to była podróż

Kiedyś było inaczej. Za pierwszy razem, jak tu przyjechałam, w towarzystwie dwóch obytych z tutejszym otoczeniem kolegów, wszystko dla mnie było takie nowe, nieznane. Najpierw prom, potem pięć godzin autem, przez piękną spokojną Szwecję. Była jesień, a wszystko wokoło wyglądało niesamowicie. Połączenie kolorowych liści na drzewach z typową tutejszą architekturą i naturą wyglądało nieziemsko. Była to moja pierwsza wizyta w Skandynawii, od razu się zakochałam. Potem, niestety liście opadły, niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami, przyszedł przymrozek i tak już pozostało na ostatnie dwa tygodnie mojego tamtejszego pobytu. Jednak pierwszego wrażenia nigdy nie zapomnę i wciąż jest ono we mnie żywe. Fajnie mieć takie wspomnienia.

Życie w delegacji Szwecja

Kończyliśmy pracę i ruszaliśmy na wycieczkę, zobaczyć okolicę. W weekendy udawałam się dalej, na podbój miast, a to do Sztokholmu, a to do Goeteborga, następny weekend w Oslo i tak bujaliśmy się szwedzkimi autostradami, gdzie nas oczy poniosą. Przyjazd tu nie był obowiązkiem, a miłą odmianą i szansą na zobaczenie czegoś nowego. Mój podróżniczy duch rozkwitał, bo niby jestem w pracy, a jednak trochę poza nią. Jednak po paru razach, widziałam już wszystko co było w zasięgu, a tym razem, do dyspozycji nie mam nawet samochodu, komunikacja publiczna droga, więc pozostały mi tylko spacery po okolicy.

Czy w takiej delegacji żyjesz naprawdę?

W takiej dłuższej delegacji nie żyjemy naprawdę. Jest to tylko okres przejściowy, który z założenia, przynajmniej u mnie, jest okresem, który mamy przetrwać, a nie w którym mamy żyć. Próbujemy ułożyć sobie codzienność na nowy sposób, lecz zawsze będzie ona gorsza od tej normalnej. Nie pójdziemy ze znajomymi na piwo, bo nie ma tu naszych znajomych, acroyogowe jamy i treningi na ściance wspinaczkowej zamieniłam na miejscową siłownie. Pewnie, że mojemu ciało przyda się odmiana, siłę też przecież trzeba robić, a na co dzień nie ma na to czasu, więc we wszystkim można odnaleźć plusy. Doskonale jednak wiem, że nie jest to trening na jaki mam ochotę, zwłaszcza po trzech tygodnia, gdzie jak cholera tęsknie za acro, a na tej wsi nie mam z kim tego robić.

Do tego dochodzą jeszcze takie pierdoły jak jedzenie, nawet nie to ulubione, ale takie do którego po prostu jestem przyzwyczajona, jak moja własna kompozycja płatków zajadana co rano, brakuje mi jej i mimo iż zastępuję to innym nie najgorszym płatkowym posiłkiem, to jednak wszyscy wiemy, że to nie jest to. Powiecie, że na wyjazdach turystycznych też jemy co innego niż w domu, ale tam nie ma rutyny, bo z rutyną jest tak, że jak już jest, to musi być dobra. Takich przykładów jest wiele, dlatego w wielu punktach nastawiam się na przetrwanie, ale nie bezowocne.

Wykorzystaj to, co od życia dostajesz

Zdecydowanie nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała danego mi czasu i sytuacji w stu procentach. I tak zaplanowałam wszystko dokładnie. Praca osiem godzin dziennie, bo po co więcej, ale w sumie, jakiś dodatkowy projekt wypada zrobić, bo przecież w domu nie mam na to czasu, a kasa się przyda, postanowiłam więc, że moje weekendy nie będą się niczym różniły od reszty tygodnia więc do pracy na osiem godzin też mogę pójść. Po robocie trening, obowiązkowo, jak nie siłownia to bieganie, a jak nie bieganie to mam tu sporo miejsca na sesyjkę jogi. Na wieczory ciekawa literaturę do czytania, zabrałam też książki, które mają udoskonalić różne moje zdolności.

Życie w delegacji Szwecja

Dodatkowo przewodnik po Chinach, bo tam się niedługo wybieram, więc mam idealny czas na ustalenie planu podróży we wszystkich szczegółach. Nie zaszkodzi też popracować nad blogiem w końcu szykuje się jego nowa osłona, więc wymaga maksymalnego wytężenia pracy. Na twórcze spędzenie wieczorów mam jeszcze wiele innych pomysłów, nie wyłączając pisania, bo na to też chciałabym trochę uwagi poświęcić, dokańczając zaległe projekty.

Jak zwykle oczekiwania przerosły ilość danego mi czasu, więc jak słyszę pytanie co ty tam robisz sama, czy się nie nudzisz? To naprawdę nie rozumiem, o co oni pytają.

Fazy przejściowe, czyli codzienność w delegacji

I tak wszystko chodziło jak w zegarku. Pierwsze dwa tygodnie wdrażałam nową codzienność. Przyzwyczajanie się do nowego rozkładu. Wiadomo, że z początku zawsze jest łatwo, a jasno narzucone ramy, znacznie to ułatwiają. Jednak w trzecim tygodniu przychodzi taki moment, że chciałoby się coś zmienić. Nie zadowala mnie już samo przetrwanie, chciałabym pożyć, przydałaby się jakaś odmiana. W podróży z wyboru możemy zawsze zmienić miejsce pobytu, poznać nowych ludzi, pójść gdzieś, gdzie się jeszcze nie było, tu takiej możliwości nie ma. W pracy wszyscy zajęci swoimi sprawami, po fajrancie pospiesznie wracają do rodzin. Nawet żadnego baru tu nie ma, żeby tak po prostu pójść sobie na piwo i może zamienić trzy słowa z barmanem. Idę na spacer.

Spokój, spokój i jeszcze raz spokój

Ponownie ogarnia mnie spokój okolicy. Na głównej drodze, w parku czy w porcie totalna cisza i spokój. Co jakiś czas minie mnie jakiś przechodzień w czapce i szaliku, chyba też wyszedł na spacer. Na ogół są to starsi ludzie, też pewnie nie maja co robić, a popołudniowa przechadzka jest ich jedyną rozrywką. Jednak coś w tym chodzeniu bez celu mi się podoba. Wszytko tu takie zatrzymane w czasie, trwające w swojej własnej rzeczywistości, bez pospiechu i nerwów. Gdy robi się ciemno to mimo, iż wydawało mi się to niemożliwe, miasteczko zamiera jeszcze bardziej. We wszystkich domach w oknach palą się lampki, wygląda to przeuroczo, bije ciepłą domową atmosferą.

Życie w delegacji Szwecja

Usilnie zaglądam w każde okno, próbując wypatrzeć jakieś oznaki życia, brak firanek zdecydowani mi to ułatwia. Widzę biblioteczki, stoły, kuchnie, sofy, wszystko wygląd przytulnie ozdobione masą bibelotów, jednak ludzi brak. Pochowali się, czy co? Nie wiem, nie wnikam, wracam do … miejsca noclegowego, hotelu, w którym zdecydowanie zbyt mocno brakuje tego ciepła, żebym mogła nazwać go domem, nawet tym chwilowym.

Jupiii, ostatni weekend życia w delegacji

Ostatni weekend. Nawet dobrze wyszło. Nadrobiłam zaległe sprawy, miałam czas tworzyć nowe treści, odpoczęłam przy ulubionej lekturze. Delegację mogę podsumować pozytywnie. Projekt dodatkowy zakończony, mam wolny dzień, mogę zaszaleć. Wstaje jak co dzień o 5:30, organizm tak już się do tej godziny przyzwyczaił, że na nic zdaje się wtulanie w poduszkę, sen już nie ma prawa przyjść. Na wieczór zostawiam sobie przywiezioną z polski ostatnią puszkę ciecierzycy, będę ją prażyć w piekarniku, tak jak lubię. Nie to żeby tu nie było takich rzeczy, ale już tak jakoś jest, że cały prowiant zawsze przywozimy z Polski, jedzenie jest tu drogie, a dzięki temu można zaoszczędzić dniówki i wtedy ten wyjazd ma trochę większy sens.

Życie w delegacji Szwecja

Jutro wyjeżdżam, a moje zapasy już się skończyły, więc kolejnym szaleństwem na pożegnanie z tym krajem będzie odwiedzenie sklepu. Kupie sobie coś dobrego, może czekoladę, och tak, szwedzkie czekolady są przepyszne, a ja już tyle czasu żadnej nie jadłam, czas trochę nagiąć dietę. Nie mam ciśnienia na próbowanie tutejszych specjałów, bo już nie raz je próbowałam i dokładnie znam nich smak, po prostu mam ochotę na coś dobrego, idę więc na podbój supermarketu.

Życie w delegacji – misja zakończona

Cel osiągnięty, przetrwałam i było jak najbardziej pozytywnie. W bicepsie pół centymetra więcej, w tali dwa mniej. Lista rzeczy do zrobienia odznaczona w 80 procentach, jedno czego na pewno tu nie zrobiłam, to nie nudziłam się, ani przez moment. Jednak stęskniłam się za moim życiem i moją codziennością, za możliwościami, jakie daje mi moje miasto, codzienny wybór atrakcji jest w nim niezliczony. Zaplanowałam już tatr, koncert, rodzinną imprezę i odwiedzenie nowego muzeum. I znowu czas się bardziej rozpłynie i będzie gnał jeszcze szybciej.

Życie w delegacji Szwecja

Jest jednak coś, co bardzo bym chciała przywieść ze sobą do domu, coś czego po raz kolejny się tu nauczyłam i po raz kolejny nie chciałabym, po powrocie stracić. To ten małomiasteczkowy spokój, te chwile, w których mam czas się zatrzymać i pomyśleć. Tu one same przychodzą, wręcz się narzucając, a w mojej codzienności zawsze muszę o nie walczyć. Będę walczyć, bo spokój w sercu jest najważniejszy.

luty 2017

Zapraszam po więcej podróżniczych przemyśleń Pani Podróżnik do zakładki pt. przemyślenia