Ausangate i Rainbow Mountain w tle

Ausangate i Rainbow Mountain

Ausangate i Rainbow Mountain w tle

Ausangate i Rainbow Mountain to coś niezwykłego. Treking o nazwie Ausangate jest podobno trzecim najlepszym co do urody trekingiem na świecie. Rzeczywiście, krajobrazy, które dane nam jest tu zobaczyć są niesamowite. Człowiek idzie i nie może wyjść z podziwu jaki ten świat jest piękny. Jednak ja osobiście na to podziwianie za wiele czasu nie miałam, gdyż za każdym razem jak próbowałam się zatrzymać, przeszywało mnie przerażające zimno. W połączeniu z deszczem lub śniegiem powodowało, że jedyne na co miałam ochotę po dojściu na miejsce, w którym chciałam obozować, to wślizgnąć się do mojego ukochanego śpiwora. Potem zapiąć się w nim pod szyję i zapomnieć o otaczającym mnie zimnym świecie. To jednak nie zawsze było takie proste.

Ausangate i Rainbow Mountain

Cały trekking Ausangate usytuowany jest na wysokości około 4 – 5 tys. m n.p.m. Ja na szczęście miałam wcześniejszą aklimatyzację z Boliwii, kanionu Colca i paru innych miejsc, jednak osoby, które świeżo dotarły do Cuzco z niższych partii świata, cierpiały tu mocno. Przede wszystkim ból głowy, do tego bezsenność i większa zadyszka. W tej zadyszce skutecznie pomagali im panowie oferujący przewóz rzeczy na konikach lub osłach. Przyjemność ta jest dość kosztowna, jednak wiele osób ochoczo z niej korzysta. Oczywiście mówię tu o osobach, które tak jak ja na trekking wybrały się na własną rękę, czyli sami sobie wszystko organizując. Takich osób jest jednak niewiele.

Wycieczka z biurem turystycznym

Większość, która wybiera się na pętlę Ausangate korzysta z usług agencji turystycznych. I tak za cenę około 250 dolarów, mają oni zapewniony transport wszystkich swoich rzeczy. Do tego dochodzą kucharze z własnym namiotem kuchennym oraz panowie rozstawiający namioty turystów i szykujący obozowisko. No i oczywiście przewodnik, który dzielnie motywuje wszystkich do marszu. Ja jednak wybieram własną, niczym nieograniczoną wędrówkę. Po pierwsze dlatego, że sama mogę decydować gdzie spędzę noc i czy mam siły dziś dalej maszerować, czy chcę już odpocząć. Po drugie, idąc samemu, finansowo nie przekroczymy jednej dziesiątej sumy żądanej przez biura turystyczne, czyli różnica dość znaczna.

Ausangate i Rainbow Mountain

Jak zorganizować trekking Ausangate

Najpierw o piątej rano łapiemy autobus do miejscowości Urcos (koszt 2,5 PEN). Potem wsiadamy w kolejny autobus do miejscowości Tinke (koszt 8 PEN) skąd rozpoczynamy trekking. Oczywiście jedzenie i sprzęt do gotowania zakupujemy w Cuzco i całą drogę dzielnie nosimy w plecakach. Na trasie nie ma możliwości dodatkowego zakupu jedzenie, jednak praktycznie przez cały czas, towarzyszy nam rzeka, więc przynajmniej z wodą nie ma problemu i możemy jej zapas systematycznie uzupełniać.

Na trasie wyznaczone są miejsca kempingowe i szczerze mówiąc poza nimi ciężko znaleźć coś innego do porządnego rozbicia namiotu. Kempingi oferują nam płaski teren i dziurę w ziemi imitującą toaletę. Przyjemność ta kosztuje nas 5 PEN od namiotu. Przy wielu kempingach znajdziemy też gorące źródła, czyli małe ciepłe stawiki w których można pomoczyć tyłek. Tu 5 Soli od głowy.

Ausangate i Rainbow Mountain

Co mnie zauroczyło w Ausangate

Oprócz niesamowitego zimna i beznadziejnej pogody wszystko inne mi się podobało. Przede wszystkim zauroczył mnie przepiękny, zmieniający się wraz z marszem krajobraz. Poza tym szlak ten nie jest zbyt popularny, więc nie ma na nim tłumów i spokojnie można maszerować swoim tempem. Trekking nie jest ciężki, brak w nim naprawdę ostrych podejść i męczących zejść, więc myślę, że prawie każdy może tu spróbować swoich sił. Osoby wolniejsze mogą maszerować od obozu do obozu, natomiast te szybsze, spokojnie mogą dziennie robić podwójną drogę. Generalnie trekking ten przewidziany jest na 6, lecz przejście go w cztery nie należy do żadnego wyczynu.

Szybka zmiana planów

W Ausangate towarzyszyli mi dwaj znajomi. Jednomyślnie w połowie drogi po przejściu najważniejszych miejsc Ausangate, zdecydowaliśmy o zmianie planów. Postanowiliśmy nie kończyć Ausangate, tylko uderzyć ścieżką w bok żeby dojść do jednej ze sławniejszych turystycznych atrakcji w okolicach Cuzco. Mowa tu o tęczowych górach do których każdego dnia z miasta wyruszają jednodniowe wycieczki. Tu tłumy turystów z małymi plecaczkami wdrapują się mozolnie pod górę. Podejście jest naprawdę długie i wymagające. Dlatego też, tym razem panowie z końmi nie oferują przewozu rzeczy, gdyż turyści ich nie posiadają, natomiast oferują przewóz owych turystów. I mimo, iż wcale mało to nie kosztuje, co chwilę mijał mnie jakiś leniwy człowiek na koniu, który kosztem wysiłku biednego wychudzonego zwierzęcia, chciał zrobić sobie fotkę z kolorowymi górami.

Ausangate i Rainbow Mountain

Cerro Colorado, czyli Rainbow Mountain

Tęczowe góry, lub jak je nazywają miejscowi – góry o siedmiu kolorach, to rzeczywiście coś co zobaczyć trzeba. Szczerze mówiąc, po górach o czternastu kolorach widzianych w Argentynie myślałam, że te nie zrobią na mnie większego wrażenia. Myliłam się. Te góry są naprawdę piękne i nie psują tego nawet tłumy turystów tu się błąkających. Na dodatek podejście pod nie daje mocno w kość, szczególnie gdy na plecach dźwiga się ciężki plecak. Było to też jedyne miejsce podczas całego tego trekkingu, gdzie przez całą drogę towarzyszyło mi słońce. Mimo, iż spociłam się strasznie, byłam szczęśliwa, że w końcu nie jest mi zimno.

Ausangate i Rainbow Mountain

Valle Roja, czyli czerwona dolina

Po osiągnięciu kolorowego szczytu, zamiast schodzić tą samą droga, jak robią to wszyscy turyści, postanowiliśmy poznać czerwoną dolinę. I tu małe zaskoczenie. Doga, którą wskazywała nam aplikacja maps.me w rzeczywistości nie istniała. Była za to inna, polecana przez miejscowych, postanowiliśmy więc z niej skorzystać. Nie mieliśmy jej na mapie, więc gdy się nagle skończyła trochę byliśmy zaskoczeni. Po chwili poszukiwań, na przełaj, udało nam się zejść do dna kanionu. I tak już jego dolnym zboczem podążaliśmy do końca. Trwało to trochę ponad dwie godziny i nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie fakt, że w połowie drogi zastała nas burza. Najpierw był grad, takiego wielkiego chyba nigdy wcześniej nie widziałam. Potem zaczął się deszcz i pioruny. Nawet nie wiecie jak się zlękłam, gdy jeden uderzył tuż koło mnie. Wtedy zdałam też sobie sprawę, że między błyskiem a dźwiękiem nie ma żadnej przerwy, co oznaczało, że burza jest praktycznie przy mnie. O czekaniu nie było mowy, gdy się zatrzymaliśmy na chwile cali mokrzy i zziębnięci, od razu ogarniał nas przeraźliwy chłód. Przyspieszyliśmy więc kroku i szliśmy dalej. Przestraszeni, jak małe dzieci.

Ausangate i Rainbow Mountain

Japura, mała wioska pośrodku niczego

Gdy doszliśmy w końcu do drogi, a potem do pierwszej wioski, przestało padać. Niestety mieliśmy już dosyć wszystkiego. Pech też chciał, że ja wraz z jednym towarzyszem wyprawy byliśmy dużo szybsi od drugiego. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że została nam dobra godzina czekania na kolegę. Nie było mowy o staniu na ulicy, i tak już zaczynałam być chora, postanowiliśmy więc znaleźć jakiś bar. A w wiosce był takowy tylko jeden i to bardzo przewiewny, lecz co zrobić. Podczas tego czekana, na szczęście z ciepłą zupą, zwiał nam ostatni autobus. Trzeba więc było zostać na noc, czyli kolejna noc w zimnie. Następnego dnia powrót do Cuzco.

Moje Ausangate

Nie wiem, czy mieliśmy pecha, czy takie warunki atmosferyczne panują tam zawsze, jednak skutecznie popsuły mi one przyjemność z tego trekkingu. Co by jednak nie powiedzieć, widoki były oszałamiająco piękne. Do tego miły, niewymagający trekking, który wspominam naprawdę przyjemnie. Reasumując wszystkie za i przeciw, mogę powiedzieć, że było fajnie, jednak nie zamierzam tego szybko powtarzać. Wszystkim, którzy się tam wybierają, życzę przede wszystkim dobrej pogody.

maj 2018

 

Chcesz zobaczyć całą moją dotychczasową przygodę z Ameryką Południową? Jeśli tak, kliknij tutaj. Gwarantuję, że warto.