Fitz Roy i El Chalten, czyli boska Patagonia

Fitz Roy i El Chalten

Fitz Roy i El Chalten, czyli boska Patagonia

El Chalten to jedno z najpiękniejszych miejsc w Patagonii. Małe miasteczko, z każdej strony otoczone górami, a wśród nich ta uważana za najpiękniejszą. Fitz Roy to wizytówka tego rejonu. Znajdziemy go na wszystkich widokówkach, koszulkach i innych turystycznych gadżetach. Jednak to nie o nim śnią wspinacze z całego świata, a o pięknym Cerro Torres, który został doceniony nie tylko przez wspinaczy, ale także przez artystów. O historii jego pierwszych zdobywców możemy dowiedzieć się między innymi z filmu „Krzyk kamienia”. O tym jednak przeciętny turysta nie myśli, skupiając się na okolicznych lagunach i punktach widokowych.

Miasteczko El Chalten

El Chalten to małe miasteczko, w którym większość ludzi to turyści. Domów mieszkalnych znajdziemy tu niewiele, a całe centrum to kafejki, bary, hostele i restauracje. Do tego sklepy z pamiątkami i oczywiście ze sprzętem turystyczny. Do El Chalten przejeżdżają zarówno wspinacze lubujący się we wspinaczce mikstowej, lodowej, jak i wspinacze skałkowej. Jednak przeważająca większość ludzi odwiedzających ten region to zwykli turyści, którzy przybyli tu połazić po górach i zobaczyć coś ładnego. Tymi ładnymi rzeczami są na ogół górskie jeziorka otoczone przez majestatyczne góry lub punkty widokowe, które powinny ukazać nam jakiś ładny szczyt. Powinny, jednak często tego nie robią. Pogoda tutaj to coś, co dla odmiany do ładnych rzeczy nie należy.

Fitz Roy i El Chalten

Do tego, że non stop wieje już przywykłam. Wieje jednak z taką siłą, że gdy w odpowiednim momencie nie zdąży się kucnąć to wiatr spokojnie nas położy. Do tego często pada. A pada różnie. Raz mamy tylko mżawkę, raz wielką ulewę, a innym razem śnieg. Jest jeszcze trzecia rzecz, która niestety potrafi popsuć wiele widoków, jest nią mgła lub nisko zawieszone chmury, które powodują, że nie widzimy totalnie nic. Zwłaszcza tych pięknych szczytów, które chcieliśmy tu zobaczyć. To właśnie pogoda, mocno pokrzyżowała moje tutejsze plany.

Góry, zbocza i pagórki
Mirador Cerro Torre

To nie on był moim dzisiejszym celem, ale tylko jego udało mi się zobaczyć. Plan był prosty. Miało być piękne lodowe zbocza, w którym pragnęłam zatracić się na dłuższą chwilę. A że prawdopodobnie, te cudowne chwile będę chciała przedłużyć, zabrałam ze sobą namiot, żeby móc pójść dalej i zrobić więcej. Rzeczywistość, jednak totalnie pokrzyżowała moje plany. Lodowe ściany widziałam, ale tylko w moich snach, na które tym razem poświęciłam kilkanaście godzin. No cóż, przynajmniej miałam czas odpocząć. A wyglądało to następująco:

Fitz Roy i El Chalten

Minęłam Mirador Cerro Torre, potem ukazała mi się przepiękna Laguna Torres. Tu mogłam skręcić w turystyczny szlak na Mirador Maestri, jednak ja wybrałam drogę po przeciwnej stronie jeziora na Glacier Torres. W tej wycieczce towarzyszył mi znajomy z El Chalten, który dobrze zna te regiony. Totalnie mu zaufałam. Jednak nawet on, nie mógł przewidzieć, jak będzie wyglądała nasza przygoda.

Żeby dostać się na Glacier, najpierw trzeba pokonać rzekę. Do tego przygotowano linę, po której możemy przedostać się na drugi brzeg. Przy tym wietrze nie było to łatwe, ale jakoś poszło. Dalej mała grań, na której co chwile musiałam kucać i chować się za jakimś kamieniem, żeby mnie nie zwiało. Totalna masakra. Wiatr był potworny, podobno tak silny, to nawet tutaj nie jest codziennością. Nie dało się iść dalej, doszliśmy tylko do odpowiedniego miejsca na biwak i rozbiliśmy namiot. Trzeba było przeczekać na lepszą pogodę, a jak czekanie to gotowanie. Jakoś udało się zagrzać wodę i zjeść przygotowaną polentę. Smakowała okropnie, ale co zrobić.

Fitz Roy i El Chalten

Schowaliśmy się w namiocie i czekaliśmy jeszcze dwie godziny zanim przestanie wiać. Nie przestało, ale za to zaczęło padać. Dzisiejszy dzień jest więc stracony. O godzinie 18 już tak nam się zaczęło nudzić, że po prostu poszliśmy spać. Rano nie było powodu żeby wstawać, bo lało na maksa. Czekaliśmy jeszcze do 11 z nadzieją, że może przestanie chociaż troszeczkę, ale nie przestało. W deszczu zwinęliśmy obozowisko i wróciliśmy do miasta.

Spacer wzdłuż rzeki

Mimo, że w górach ciągle lało w mieście dzień był całkiem przyjemny. Tzn. wiało też bardzo mocno, ale do tego już przywykłam. Na niebie jednak pięknie świeciło słońce, więc wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki. Na początku serce mnie bolało, bo mijałam wspinaczkowe przepiękne ściany, a ja tu bez partnera wspinaczkowego i bez sprzętu. No ale cóż, przynajmniej mieliśmy wino na pocieszenie straconego dnia w górach.

Fitz Roy i El Chalten

Mirador Fitz Roy, Laguna Capri, Lago de los Tres

Trzeciego dnia porzuciłam marzenia o wszystkich wspinaczkach i udałam się na turystyczny szlak na punkt widokowy Fitz Roy. Szybko tam doszłam prostą ścieżką w lekkim deszcze, w którym oczywiście nie zobaczyłam nic. Zawróciłam więc na jeziorko o nazwie Laguna Capri. Tu całkiem uroczo, ładnie i spokojnie. Jednak było mi ciągle mało. Mimo deszczu i wiatru ruszyłam dalej nad Lago de los Tres. Szlak był całkiem ładny i przyjemny, aż do ostatniego kilometra. Tam zaczęła się kamienista droga, cały czas ostro pod górkę. Silny wiatr nie pomagał, a wręcz przeciwnie tylko zniechęcał. I tak zniechęcona doszłam na punkt widokowy. Tam znowu zobaczyłam niewiele. Zdegustowana zaczęłam drogę powrotną.

Fitz Roy i El Chalten

Plany miałam bardziej ambitne, ale pogoda odebrała mi całą z nich przyjemność. Planowałam wracać przez Mirador Piedras Blacas, hotel el Pilar i na asfaltowej drodze złapać stopa do El Chalten. Byłaby to całkiem ładna pętelka, jednak po co gdzieś iść, jak i tak nic tam nie widać.

Loma del Pliegue Tumbado

Czwartego dnia nie chciało mi się nigdzie wychodzić. Było zimno i znowu mocno wiało. Był to jednak mój ostatni dzień, więc postanowiłam zaliczyć wzgórze o nazwie Loma del Plegue Tumbado. Ze mną na szlak ruszyła także cała chmara zdesperowanych turystów. Nie przeszkadzał nam silny wiatr i mocno zacinający śnieg. Nie ważne też, że wokoło nic nie było widać, każdy miał nadzieję, że na szczycie się rozjaśni. Niestety, jak to z nadzieją bywa, nic się nie wydarzyło, a nawet można powiedzieć, że się pogorszyło.

Fitz Roy i El Chalten

Fitz Roy i El Chalten i moje wrażenia

To, co mogę powiedzieć na pewno to, że miałam totalnego pecha. Pogoda mocno pokrzyżowała moje plany i trzeba wiedzieć, że tutaj jest to normalne. Fitz Roy rzadko jest widoczny, a w górach panuje wieczny wiatr i często pada. W mieście też nie jest za ciepło, a żeby ciągle siedzieć w barach to niestety jest za drogo. Mimo jednak tych wszystkich minusów, w El Chalten się zakochałam. Jest to przeurocze miejsce z niesamowitymi widokami i górskimi szlakami. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby tam zamieszkać i czekać na dobrą pogodę, bo taka też się tu przecież zdarza. Miejsce jest magiczne. Każdy kto kocha góry, powinien tu przyjechać. Gwarantuję, że nie pożałuje.

styczeń 2018

 

Już niedługo kolejne wpisy na temat Ameryki Południowej. Tymczasem zapraszam do zapoznania się z innymi miejscami, które niedawno odwiedziłam klik.