Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Choquequirao i Machu Picchu to dwa największe inkaskie kompleksy ruin, które każdy zobaczyć by chciał. Jednak póki co, do tych pierwszych niewielu dociera. Właśnie dzięki temu, można nazwać je numerem jeden wśród atrakcji turystycznych Cuzco. Wyobraźcie sobie rozległy teren, na nim inkaskie dzieła sztuki budowlanej. To wszystko otoczone wielkimi, zielonymi górami. I na to właśnie możecie spoglądać w totalnej samotności, otoczeni cudowną dziką naturą. Do tego ta świadomość, że od najbliższej współczesnej cywilizacji dzielą was dwa dni marszu. Czujecie ten dreszczyk emocji?

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Ja czułam go tam dokładnie. Zatopiłam się w tym dawnym, nie do końca przez nas zrozumiałym świecie i mogłabym tak trwać wiecznie. Dla mnie Choquequirao to numer jeden ze wszystkich rzeczy, które wokół Cuzco widziałam. Jednak warto wiedzieć jak to było od początku.

Jak to w ogóle ogarnąć

A więc jak wszędzie, tak też do Choquequirao można się wybrać z agencją turystyczną, która zorganizuje nam kucharzy, przewodników i tragarzy. My tylko musimy przebierać naszymi nóżkami. Taka pięciodniowa zabawa, czyli droga tam i z powrotem kosztuje około 320 dolarów. Jak dla mnie kwota zabójcza, totalnie nie warta wydania. Oczywiście, jak wszędzie, można iść do Choquequirao także na własną rękę, co zamknie nas w kwocie jednej dziesiątej ceny żądanej przez agencje. Jednak wiąże się to z noszeniem własnych rzeczy i samodzielnym gotowaniem, co jak dla mnie w górach jest oczywiste. W moim trekkingu postanowiłam nie wracać tą samą drogą, tylko iść dalej aż połączę się ze słynnym szlakiem o nazwie Salkantay prowadzącym do Machu Picchu. Na całej drodze miałam 5 kempingów, z czego trzy płatne po 5 PEN i dwa bezpłatne. Dodatkowe koszty to nocleg w hostelu w Aguas Calientes (15 PEN), dojazd i jedzenie zakupione wcześniej w Cuzco. Generalnie wyszło całkiem przyzwoicie.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Cachora i początek szlaku

Cały trekking postanowiłam odbyć wraz z kolegą, z którym wcześniej dobrze nam się szło, tym samym tempem na pętli Ausangate. Z Cuzco o piątej nad ranem, autobusem ruszyliśmy do miejscowości Cachora. Tam niestety przykra niespodzianka, gdyż żeby dostać się na początek szlaku, trzeba albo odbyć żmudny marsz przez miasteczko, albo wziąć ceniącą się sporo taksówkę. Nie mieliśmy wyjścia, nie chcieliśmy tracić całego dnia marszu, więc odżałowaliśmy każdy po dwadzieścia soli i wybraliśmy taksówkę. Dojechaliśmy pod Mirador de Capuliyoc skąd rozpoczęliśmy marsz około godziny jedenastej przed południem. W wielkim słońcu ruszyliśmy na szlak.

Dzień pierwszy

Najpierw zejście na około półtora tys. metrów w pionie. Ten ostry szlak zajął nam prawie trzy godziny. Pomyślicie pewnie, że to niby nic tak sobie iść w dół. Jednak z ciężkim plecakiem i w pełnym słońcu, gdzie tak naprawdę trzeba uważać na każdy krok żeby z luźnymi kamlotami nie pojechać w dół, marsz ten był naprawdę ciężki. Przy rzece odpoczynek, ależ nam się nie chciało ruszać tyłków, jednak plan był taki żeby iść dalej. I tak ponad pół tysiąca metrów w górę, aż w końcu pojawiło się nasze obozowisko zaplanowane w miejscu o nazwie Santa Rosa. A widok z namiotu przecudny i do tego tak tu ciepło i to nawet po zmroku. Po Ausangate nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad panującą tu temperaturą.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Dzień drugi

Dziś tylko około tysiąca metrów w górę, z czego pierwsza połowa dość ostra, druga nieco lżejsza. Następnie rozbicie obozowiska i na lekko wybranie się na zwiedzanie tego wyczekiwanego Choquequirao. Przyznam, że byliśmy dosyć zmęczeni, jednak gdy tylko zobaczyliśmy ruiny, szybko wróciły nam siły. Tak więc przespacerowaliśmy je całe. Oj, to było coś niesamowitego. Dziękowałam wszechświatowi, że dane mi było tu dotrzeć.

Dzień trzeci

Najpierw prawie pół tysiąca metrów w górę. Tu spotkaliśmy panów pracujących przy odkrywaniu dalszych części Choquequirao. Podobno to co zobaczyliśmy, to mniej niż jedna trzecia całości. Nad resztą nadal trwają prace, czyż nie brzmi to niesamowicie? Potem szliśmy prawie półtora tysiąca metrów w dół. Po drodze mijaliśmy kolejne ruiny, także całkiem spore o nazwie Pinchaunuyoc. Gdy doszliśmy do rzeki sił nam brakowało totalnie, lecz trzeba było ruszyć w górę.
Nasze obozowisko było oddalone od nas o jakieś 1200 metrów w górę, w miejscu o nazwie Maizal. Było to kolejne bardzo strome podejście. Zwłaszcza pierwsza jego połowa. Szłam dosłownie z wywieszonym językiem. Można powiedzieć, że do obozu się po prostu doczłapałam. Jednak ten widok, który czekał na mnie z namiotu przywrócił mi wszystkie siły. Było to chyba najpiękniejsze miejsce na kemping w jakim dane mi było kiedykolwiek obozować. Coś niesamowitego.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Dzień czwarty

Kolejne prawie 1200 metrów w górę i kolejne mijane ruinki o nazwie Ruinas de Chalapata. Następnie zejście, lecz już tylko około 600 metrowe, więc nie było tak źle. Na dole moim oczom ukazała się Yanama, chyba najpiękniejsza wioska jaką w życiu widziałam. Na tle ciemnej zieleni wzgórz, pojawiłam się jasna, soczysta zieleń trawników. Dużo kolorowych kwiatów i ta przejmująca cisza. Ludzi prawie nie widziałam, a zwierzęta o dziwo nie wydawały żadnych dźwięków. Jak dla mnie raj na ziemi. Pierwotnie plan zakładał iść dalej, jednak mojego towarzysza rozbolało kolano, więc dalej iść nie chciał. Dziś także nie było już szansy na autobus, więc postanowiliśmy poczekać do jutro. Zrobiliśmy też wstępny plan, umożliwiający rozdzielenie się, żebym mogła kontynuować trekking.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Dzień piąty

Autobus zawsze odjeżdża o piątej rano, więc o tej też godzinie staliśmy na baczność gotowi do odjazdu. Namiot zwinięty, więc nawet nie było gdzie się ogrzać. I tak marzliśmy tego poranka do godziny dziewiątej, czyli do czasu pojawienia się słońca. Przemarzliśmy na kość. Był to podobno pierwszy raz kiedy autobus nie przyjechał. Jak pech, to pech. Pojawił się w końcu po jedenastej. Po ostrych zakrętach szutrowej drogi jechał ponad cztery godziny. Mieliśmy więc przymusowy dzień restowy. Myślę, że w pełni zasłużony. Tuż za miejscowością Sahuayaco rozbiliśmy namiot na nocleg. Oficjalnie połączyliśmy się z najpopularniejszym szlakiem do Machu Picchu. To właśnie tędy, tłumy turystów dzielnie z przewodnikiem maszerują żeby zobaczyć to cudo.

Dzień szósty

Mój kolega udał się na autobus jadący do miejscowości Hidroelectrica, gdyż tylko tam można dojechać autobusem. Ja wyruszyłam na szlak. 800 metrów w górę, potem tysiąc metrów w dół. Jednak tu, wysokość ta została rozłożona na długim dystansie, więc nie męczyła w ogóle. Trekking okazał się niezwykle przyjemny. Po drodze kolejne ruinki – Llactapata i punkt widokowy na Machu Picchu. Przyznam, że te sławne inkaskie ruiny z tej odległości, nie zrobiły na mnie oszałamiającego pierwszego wrażenia.
Po spotkaniu w Hidroelectrica z moim towarzyszem, ruszyliśmy dalej 10-cio kilometrowym szlakiem wzdłuż torów do Aguas Calientes. Było to nudne i męczące człapanie po kamieniach z tłumem turystów z każdej strony. Mimo, iż szłam po płaskim, to ten odcinek zmęczył mnie strasznie, pewnie dlatego, że był taki nudny. Dystans ten można pokonać także w pociągu, jednak jest to bardzo duży wydatek, na który pozwolić sobie nie mogłam i także nie chciałam.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Aguas Calientes

I tak doszliśmy do miejscowości zrzeszającej wszystkich spragnionych zobaczenia Machu Picchu. Tłumy turystów cieszących się doskonałym jedzeniem i piciem w tutejszych restauracjach i barach. My poszukaliśmy najtańszego hostelu i udaliśmy się na obiad na tutejszy Market, gdzie ceny na szczęście nie odbiegały od normalności. Mogłam sobie nawet pozwolić na wielki kotlet schabowy z ryżem, ziemniakami i surówką. A to wszystko za 6 PEN. Dalej trzeba było zainteresować się biletem do inkaskich ruin. Mimo wczesnej godziny, na jutrzejszy poranek biletów brak, a na popołudnie, dziś zakupić nie można. No cóż, czas więc odpocząć.

Dzień siódmy i Machu Picchu

Rano stanie w kolejce po bilet, potem godzinny marsz pod górę do wejścia do ruin. Można oczywiście tu także podjechać autobusem, jednak jest to koszt kilkudziesięciu dolarów, więc mi jak zwykle pozostał trekking. Przed wejściem zameldowaliśmy się w kolejnej kolejce akurat o godzinie 11, czyli na czas otwarcia bramek dla popołudniowych biletów. W tłumie wkroczyliśmy do ruin.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Wiadomo, są one piękne i niesamowite. Jednak są one skupione na dość małym terenie, co wraz z tłumem odwiedzających nie dodaje im uroku. Pobliskie wzgórza nie są też aż tak wysokie, jak te znane mi z Choquequirao. Tak jakby jest tu cudownie, ale pozostaje właśnie to ale, które wszystko psuje. Zdecydowanie Machu Picchu odwiedzić trzeba, jednak w świadomości trzeba też mieć to, że są inkaskie miejsca, które można uznać za wspanialsze i piękniejsze.

Po zwiedzaniu pół godziny stromo w dół i szybki dwugodzinny marsz wzdłuż torów. Uff, zdążyliśmy na jeden z ostatnich autobusów do Cuzco. W końcu można odpocząć.

Inkaskie ruiny Choquequirao i Machu Picchu

Choquequirao i Machu Picchu

Ciężko jest porównać te dwa miejsca, tylko ze względu na ich wartość historyczną, gdyż ich otoczka jest zupełnie inna. Potężna dzika natura, trudna dostępność i brak ludzi w okolicy to zdecydowane plusy Choquequirao. Nie miałam okazji zobaczyć Machy Picchu w czystej formie, a tłumy towarzyszące mojej wizycie na pewno odebrały mu dużo blasku. Zdecydowanie w tym drugim miejscu zobaczyć możemy więcej, gdyż na mniejszym terenie mamy więcej ruin. Jednak pamiętajmy, że w Choquequirao jeszcze sporo zostało do odkrycie, więc nie dość, że jest to większa powierzchnia, to pewnie już niedługo zobaczymy tam też jeszcze więcej ruin. Tak więc jeśli miałabym powiedzieć co na mnie zrobiło potężniejsze wrażenie i co uważam za piękniejsze i bardziej wartościowe, to zdecydowanie wybiorę Choquequirao. Mimo, iż trekking tam był naprawdę ciężki, a na dodatek odbyłam go w większości z gorączką, katarem i kaszlem, to nie żałuję ani jednej kropli potu i żadnej zasmarkanej chusteczki. Był to dla mnie czas niesamowity i po raz kolejny jestem wdzięczna wszechświatowi, że pozwolił mi tam dotrzeć i to wszystko zobaczyć.

maj 2018

 

Chcesz zobaczyć całą moją dotychczasową przygodę z Ameryką Południową? Jeśli tak, kliknij tutaj. Gwarantuję, że warto.