Park Narodowy Chapada Diamantina

Park Narodowy Chapada Diamantina

Park Narodowy Chapada Diamantina – górskie brazylijskie szlaki

W 1985 roku w stanie Bahia utworzono Park Narodowy Chapada Diamantina o powierzchni ponad 1,5 tyś km kwadratowych. Dziś jest to jeden z najczęściej odwiedzanych parków Brazylii. Oprócz ciekawej roślinności, zagrożonej wyginięciem małpki, mrówkojada i pancernika olbrzymiego, park jest ostoją dla wielu gatunków ptaków. Jednak turystów przyciągają tu nie ptaszki i kwiatki, ale wspaniałe widoki, szumiące wodospady i małe stawy w których beztrosko można się pomoczyć. Między innymi dlatego, nie mogło zabraknąć tu także i mnie.

Dlaczego odwiedziłam Park Narodowy Chapada Diamantina

Chapada Diamantina nie była na mojej liście miejsc do odwiedzenia w Brazylii. Jeżeli planowałabym zobaczyć wszystkie piękne miejsca w tym kraju, rok zdecydowanie byłby na to za krótki, dlatego skupiłam się tylko na najważniejszych miastach Brazylii. Jednak opowiadając napotkanym osobom, że wybieram się do Salvadoru, wszyscy jednomyślnie stwierdzali: To na pewno, skoro kochasz góry, pojedziesz też do pobliskiego Parku Narodowego. Ale do jakiego parku? Nawet na mojej alternatywnej liście go nie ma. Potem z reguły występowały słowa zachwytu. Jak tam pięknie oraz cudownie i że koniecznie trzeba to zobaczyć. No to jak trzeba, to trzeba.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Szybkie planowanie

W Salvadorze zaczęłam szybkie planowanie mojej niespodziewanej wizyty w parku. Każda z osób, która mi go polecała, była całkowicie przekonana, że podstawą jest wynająć przewodnika. Po chwili dodawała jednak, że z tym nie ma żadnego problem, bo w miasteczku z którego ruszają wycieczki jest cała masa dostępnych biur turystycznych. I tak oto, coś już wiedziałam – poznałam nazwę miasteczka, z którego jak wtedy myślałam, rusza się na szlak. Ale o co chodzi z tym przewodnikiem?

Lencois to mała miejscowość, typowo turystyczna. Ślicznie położona, otoczona zielenią z ciekawymi kolorowymi domkami. Miejsce naprawdę urokliwe i mimo, iż są tam sami turyści, a ja za takimi miasteczkami nie przepadam, to Lencois mnie urzekło i na długo w mojej pamięci pozostanie. Dostajemy się tam bez problemu autobusem z Salvadoru. Prawdą jest, że stamtąd ruszają wszystkie wycieczki, jednak próbując swoich sił samemu, warto rozważyć nocleg w innej miejscowości.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Przewodnik na wycieczkę

Planowanie zaczęłam od znalezienia hosta z portalu Couchsurfing w miejscowości Lencois. Tu nie było łatwo, bo wszyscy grzecznie odmawiali. Ja natomiast grzecznie prosiłam ich o informacje i przekazanie mi trochę wiedzy o szlakach. Tu też prawie wszyscy byli jednomyślni i delikatnie polecali swoje lub zaprzyjaźnione turystyczne biura. Nie dawałam jednak za wygraną i wyciągałam informacje na każdy z możliwych sposobów. Nawiązałam nawet dłuższą rozmowę z jednym z biur. Dostałam ładną rozpiskę typowo oferowanych szlaków. Większość opatrzona było nazwą łatwy. W rzeczywistości wygląda to tak, że autokar podwozi cię na punkt widokowy i na tym twoja wędrówka się kończy.

Znalazły się tam także dwa miejsca pod hasłem trudne (Sossego i wodospad Fumaca). Tu do przejścia było nawet parę kilometrów. Gdy już wstępnie obyłam się z mapą i nazwami miejsc docelowych, drążyłam temat dalej. Zapytałam nawet panią z biura czy mają może jakieś połączenie trekkingu ze wspinaczką. Pani odpowiedziała, że oczywiście może mi coś takiego zaoferować i zaproponowała szlak w którym miało być 2 km wspinaczki i 6 km trekkingu. Pomyślałam wow, 2 km wspinania, to musi być coś. Jak się okazało pani celowo wprowadziła mnie w błąd. Szlak zawierał 2 km podejścia pod górkę i 6 km spaceru po płaskim. Na szczęście nie dałam się oszukać, bo chyba bym ją uszkodziła, gdybym nastawiła się na coś fajnego ze wspinaniem, a potem zobaczyła rzeczywistość. Przejście proponowanego szlaku zajęło mi godzinę, a wycieczka z biurem miała zając cały dzień, jako ekstremalnie trudne wejście. Czujecie tą różnicę w postrzeganiu rzeczywistości?

Park Narodowy Chapada Diamantina

Ceny wycieczek zaczynały się 100 BRL, kończyły na grubo ponad 300 BRL. Dla mnie wydatek totalnie niezaplanowany, na który nie mogłam i nie chciałam sobie pozwolić. Nie mogłam też uwierzyć, że normalnie jak człowiek nie mogę spakować plecaka i wyjść na szlak, tylko muszę ciągnąć się z grupą ludzi i płacić za to grube pieniądze. Jednak byłam w kropce, bo gdy wspominałam komuś, ze chce ruszyć sama, wszyscy łapali się za głowę. Ale jak to? Przecież sama to się zgubisz. Definitywnie nie powinnaś iść sama.

Brazylijski kolega część 1

Na przystanku autobusowym w Salvadorze chcąc upewnić się, czy stoję na właściwym peronie, spytałam o to pewnego chłopaka. Stał tam z wielkim plecakiem obwieszonym naszywkami pt. Kocham góry itp. Okazało się, że nawet mówi trochę po angielsku, więc zaczęliśmy rozmowę. Chłopak ten przedstawił się jako doświadczony górski włóczykij. Zaczął wymieniać, gdzie on nie był i jakie góry nie złaził. Jednak gdy poinformowałam go, że myślę o nie wynajmowaniu przewodnika, także złapał się za głowę. Ale byłaś tam już? – Nie, no nie byłam. – No to jak to tak? Jedziesz pierwszy raz i pójdziesz bez przewodnika? – No normalnie, przecież są tam szlaki i mam mapę w telefonie. – Jesteś nieodpowiedzialna, tak nie można. Przyjechał autobus i na szczęście na tym nasza cudowna rozmowa się zakończyła. Dał mi jeszcze swój numer, żebym w razie czego, jakbym potrzebowała pomocy, do niego zadzwoniła.

Światełko w tunelu

W ostatniej chwili jeden z hostów potwierdził gotowość przenocowania mnie. Jednak bardziej ucieszyła mnie druga wiadomość – od Thomasa, który niestety nie mógł udzielić mi schronienia, ale był pierwszą (i ostatnią) osobą, która powiedziała mi – Tak, zdecydowanie możesz na szlak iść sama, bez przewodnika. Dokładnie opisał mi jakie wycieczki mogę wykonać sama z Lencois pieszo i te do których muszę kawałek dojechać autobusem. Podał mi nawet godziny ich odjazdów. Dopytałam jeszcze o parę interesujących mnie miejsc i już dokładnie wiedziałam co, jak i gdzie mam robić. Thomas spadł mi dosłownie z nieba. Mimo, iż także jest przewodnikiem, żadnej wycieczki mi nie oferował. Dzięki informacjom od niego, nie wydałam bezsensownie pieniędzy i mogłam wszystko dokładnie sama zaplanować. Znacznie ułatwił mi też sprawy organizacyjne mówiąc dokładnie jakie są środki transportu, skąd, za ile i o której. Był moim źródłem tajemnej wiedzy. Na dodatek wszystko to miałam zapisane w wiadomościach na telefonie, więc w każdej chwili mogłam wszystko sprawdzić.

Park Narodowy Chapada Diamantina

W poruszaniu się po szlakach, w celu ich niezgubienia korzystałam z aplikacji maps me. Szczerze mogę ją wam polecić. Może nie jest to najlepszy system nawigacyjny na drogach, jednak na szlakach sprawdza się dobrze. Mi przydaje się także przy korzystaniu ze środków komunikacji publicznej. Gdy nie mogę dogadać się z kierowcą, patrzę na mapę gdzie chce jechać i jak autobus zbliża się do danego punku informuję kierowcę, że zamierzam tu wysiąść. Także na dłuższych trasach warto ją mieć, zwłaszcza przy brazylijskich opóźnieniach. Łatwo można sprawdzić ile jeszcze do celu i czy warto zapadać w drzemkę, czy lepiej być czujnym, bo zaraz trzeba będzie wysiąść.

Witaj przygodo, czyli gdzie to ja nie byłam

Do Lencois przyjechał wcześnie rano, około godziny piątej. Od razu udałam się do mojego hosta. Zaspany otworzył mi drzwi, kazał się rozgościć i poszedł spać dalej. Ja tymczasem dokładnie widziałam już co mam dalej robić, rzuciłam rzeczy i ruszyłam na szlak.

Park Narodowy Chapada Diamantina

SOSSEGO

Sossego miał być najtrudniejszym jednodniowym szlakiem. Nic więc dziwnego, że to właśnie od niego postanowiłam zacząć swoją przygodę z Chapada Diamantina. Najpierw 40 minut łatwą ścieżką przez las. Generalnie nic nadzwyczajnego. No może lekka niepewność z powodu występujących tu panter i węży, ale poza tym luzik.

Dalej wychodzimy na otwartą przestrzeń, trzeba zejść troszkę w dół i dochodzimy do pierwszej atrakcji, jaką jest Ribeirao de Meio. Ładny, dość rozległy wodospad, tworzący całkiem spore bajorko. To tu leniwi turyści przychodzą się wykąpać, potem mówiąc wszystkim, że przecież chodzili po górach.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Idę w górę po kamiennej powierzchni. Reszta szlaku w większości przebiega wzdłuż rzeki, więc chyba nie tak łatwo będzie go zgubić. Chwilami jest troszkę pod górkę, jednak bardzo delikatnie, więc jestem dobrej myśli. Mijam kolejny charakterystyczny punk – Ribeirao de Cima. Kolejny wodospad, jednak tym razem nic szczególnego.

Tego odcinka na mojej mapie nie ma

Zaczynam odcinek o którym już wcześniej wiedziała, że na mapie go nie mam. Zaczyna się też pierwsze przejście przez rzekę. Przeskoczyć czy przejść na boska – oto jest pytanie. Pierwszy i ostatni raz decyduję się na przejście bez butów. Cudowne uczucie, gdy czerwona woda obmywa moje stopy, jednak co dalej? Tu prąd jest za silny, nie da rady przejść nawet bez butów. Hmm… czyżby mieli rację, że bez przewodnika się nie da?

Ale co to? Czyżby znany wszystkim łazikom górskim kopczyk? No i droga odnaleziona, czyli nie jest tak źle jak mówili, jednak są jakieś oznaczenia. Po bardzo długim odcinku korytem rzeki i przeskakiwaniu z kamienia na kamień, mam już trochę tego dość. Bacznie rozglądam się w celu znalezienia ścieżki w górę. Oto i ona, jak na życzenie. Piękna szeroka i zapraszająca do drogi. No to idę.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Niestety po dość intensywnym marszu pod górkę ścieżka zamieniła się w trzy węższe. Sprawdzam po kolei każdą opcję i nic. Wszystkie nagle się urywają. Buszuję w krzakach, szukam rozwiązania, no bo przecież nie mogę się teraz poddać. Jednak po godzinie poszukiwań i przejścia dość trudnych miejsc, w które pakować się nie powinnam, rezygnuję i schodzę w dół. Idę dalej.

Na kamieniach dostrzegam strzałki, czyli  jednak dalej rzeką. Droga prowadzi raz jej jednym brzegiem raz drugim i czasami też po krzakach. Dzielnie idę dalej, co jakiś czas spoglądając na zbocze w poszukiwaniu ścieżki w górę, przecież jest tam jakiś punkt widokowy. Wyraźnie mam go na mapie zaznaczony, więc być musi.

Jest i on, koniec kanionu z wodospadem

Przeskakując po tych kamieniach dochodzę do końca kanionu. Widzę kolejny wodospad. Całkiem duży, nawet ładny, jednak czemu jestem na dole i patrzę na niego, zamiast być na górze, podziwiać okolicę i wodospad z góry? Musiałam coś przegapić. Wracam na kamloty i nadal przeskakuję z jednego na drugi, powoli zaczynając wszystko naokoło przeklinać. Nie chcę dopuścić myśli, że Ci wszyscy ludzie mogli mieć rację, że jednak bez przewodnika się nie da.

Wracając napotykam kolejną ścieżkę prowadzącą na moje zbocze. Także dość szeroka i oczywista. Jestem tak nią zachwycona, że nie przeszkadza mi nawet fakt, że jej początek jest za niewielkim murkiem. Myślę sobie, że to pewnie specjalnie ta zmyłka, żeby jednak każdy przewodnik miał możliwość powiedzieć: A nie mówiłem? Turysto – zgubisz się.

Ścieżka była mocno pod górkę, jednak była też bardzo oczywista. Byłam tak szczęśliwa, że jednak się nie poddam i dotrę do celu, że pędziłam nią jak szalona. Po pół godzinie jednak ścieżka się skończyła. Zaczęłam szukać dalszej drogi i tu wpakowałam się na pionowe krzaczaste zbocze. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie wiem gdzie jestem i co najgorsze nie wiem jak wrócić. Zbocze było bardzo suche, więc co krok osuwałam się z toną piachu. Próbowałam przytrzymywać się gałęzi, lecz skutecznie wszystkie wyrywałam razem z ziemią, która osadzała się na moich włosach, tworzy i reszcie ciała. Wpadłam w panikę.

Halo, halo! Czy tu brazylijski GOPR?

Na szlak wyruszyłam wcześnie rano, więc cały czas jestem na nim sama. Podobno nie jest to też częsty cel wycieczek. Nagle przypomniałam sobie wszystkie opowieści z naszych kochanych Tatr. Jak to mądrzy turyści zgubili drogę, znaleźli się na stromych zboczach, bez możliwości odwrotu. I tak szukając drogi, z tych zboczy spadali. Jednak heloł, ja nie jestem w żadnych pożądanych górach, tylko zaledwie w brazylijskich pagórkach. Przecież nie mogę zginąć w takim miejscu, toż to ujma w moim górskim życiorysie. Jakaś totalna groteska.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Drugi scenariusz jaki przyszedł mi do głowy to wezwanie odpowiednika brazylijskiego GOPRu (jeśli w ogóle taki istnieje). Ta myśl, tak mnie rozbawiła, że strach poszedł w las i zaczęłam racjonalnie myśleć. W moment się ogarnęłam tak, że znalazłam drogę wyjścia z tej dość niebezpiecznej sytuacji. Byłam tak wściekła, że na dół zeszłam w mgnieniu oka. Cała brudna i podrapana wróciłam do koryta rzeki i w końcu spotkałam pierwszych ludzi. Parkę z przewodnikiem. Trochę ich mój wygląd wystraszył. Gdy zapytałam przewodnika, czy to jest właściwa ścieżka, zbył mnie stwierdzeniem, że sama jej nie znajdę i poszedł dalej. W pierwszej chwili myślałam, żeby iść za nimi, ale miałam totalnie dość. Szlak który obliczyłam na maksymalnie trzy godziny przez to błądzenie zajął mi znacznie więcej. Podjęłam decyzję o odwrocie, szybko docierając do miejsca w którym żeby przekroczyć rzekę trzeba zdjąć buty. O tak, moje nogi zdecydowanie tego potrzebowały. Moczenie stóp, to była najprzyjemniejsza rzecz z tego szlaku.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Po chwili refleksji stwierdziłam, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i pędem ruszyłam do Lencois. O 13:00 miałam stamtąd autobus na kolejny szlak, a czasu było stanowczo za mało żeby do niego dotrzeć.

Sossego zaliczone

Nadmienię, tylko że wieczorem okazało się, że punk Sossego, do którego tak dzielnie próbowałam dotrzeć, nie leży wcale tam gdzie mi się wydawało. Byłam totalnie przekonana, że muszę dostać się na szczyt wodospadu, żeby stamtąd móc go podziwiać, jednak nic z tych rzeczy. Szlak prowadzi pod wodospad i tam jest jego punkt kulminacyjny, czyli dokładnie tam gdzie byłam. Innymi słowy Sossego zaliczone. Z jednej strony cieszyłam się, że osiągnęłam zamierzony cel, jednak z drugiej nadal byłam trochę zła, że zmarnowałam sporo czasu błąkając się po tych zboczach. No ale cóż, któż mógł wiedzieć.

Brazylijski kolega część 2

Cała brudna i czerwona ze zmęczenia pędziłam na autobus. Byłam już w miasteczku, więc całkiem blisko. Widziałam realną szansę żeby zdążyć. Nagle przede mną pojawił się kolega z wczorajszego autobusu. Wracał sobie z siateczką z kąpieli w pobliskim wodospadzie. Gdy mnie zobaczył i wypytał, gdzie tak pędzę stwierdził, że pojedzie ze mną. Nie byłam z tego powodu szczęśliwa, no ale co mogę zrobić, przecież mu nie zabronię.

MORRO do PAI INACIO

Autobus miał wyruszyć o 13, jednak jak to w Brazylii bywa wyruszył dopiero o godzinie 14. Dzielnie śledziłam na mapie, gdzie mam wysiąść. Przy wejściu na szlak pokiwałam kierowcy i już byliśmy przy gruntowej drodze pod Morro do Pai Inacio. Góra wyglądała przecudnie. Nie było to jakieś tam błądzenie do kolejnego wodospadu, ale prawdziwa skała wystająca z ziemi. Słońce mocno świeciło i wszystko wokoło bardzo mi się podobało.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Na szutrowej drodze udało mi się złapać podwózkę. Jedyny samochód jaki wjeżdżał, była to podobno ekipa telewizyjna, która właśnie miała robić reportaż z góry. Zrobiłam sobie nawet zdjęcie z jednym z nich, bo podobno sławny, lecz nikt później nie potrafił mi powiedzieć kim on jest. Oprócz nich na górze było pusto, nie licząc oczywiście pana w kasie biletowej.

Wejście na szczyt zajęło dosłownie chwilę a widoki, które tam na mnie czekały były niesamowite. Jest to chyba najbardziej fotogeniczne miejsce w całym parku Chapada Diamantina. Byłam zachwycona. Do zejścia musiałam poczekać na kolegę, który wykonał na szczycie całą sesję selfi, trwało to bardzo długo. Teraz czekała nas droga powrotna. Zejście szutrową droga poszło szybko. Na asfalcie mimo, iż było totalnie pusto, złapanie stopa też poszło sprawnie. Tu przydał się kolega ze swoim portugalskim. Dojechaliśmy do Lencois na trzy razy. Mój nowy kolega, po popołudniu pełnym wrażeń (pierwszy raz w górach bez przewodnika i pierwszy raz łapał stopa) był tak zmęczony, że ledwo ogarniał sytuację. Nieopatrznie wspomniałam mu, że jutro wybieram się na wodospad Fumaca. Znowu zdziwił się, że chce iść sama i niestety znowu chciał iść ze mną.

Brazylijski kolega część 3

Bilet na autobus zakupiliśmy dzień wcześniej (po powrocie z Morro do Pai Inacio), bo rano kasy nieczynne. Było na nim jasno napisane, że autobus rusza o godzinie piątej rano, jednak mój nowy kolega uparł się, że jest to czas z Rio, czyli inny niż tutaj i tak naprawdę na dworcu musimy być o 4. Nie miałam powodów, żeby mu nie wierzyć. I takim oto sposobem spędziłam ponad godzinę, przed zamkniętym dworcem, czekając na autobus. Już byłam trochę na niego zła, bo nie lubię, jak ktoś wprowadza mnie w błąd, ale jakoś przemilczałam ten fakt.

Zdziwił mnie też wygląd kolegi. Ciężkie górskie zimowe buty, gruba goratexowa kurtka, a do tego maluteńki plecaczek, chyba tylko mieszczący dokumenty. Do plecaka podwieszona na sznurku całkiem spora apteczka, na wypadek, gdyby nie wiem co miało się wydarzyć. Jednak najlepsza była reklamówka w jego dłoni. Zwykła jednorazówka z wodą i paczką gruszek, prawdziwy górski prowiant. Wolałam nie zastanawiać się, ile z jego górskich przygód o których wczoraj słyszałam jest prawdziwa.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Dojechaliśmy do miejscowości Palmeiras. Stąd miałam jasne informacje od Thomasa z którym wcześniej pisałam, że mam wziąć busa do Vale do Capao, jednak muszę wyraźnie powiedzieć kierowcy, że ma mnie wysadzić 4 km przed tą miejscowością w miejscu początku szlaku. Mój nowy kolega wziął to na siebie. Chyba z piętnaście minut dyskutował z kierowcą, po czym uznał, że wszystko załatwione. Nie miałam powodów żeby w to wątpić. Bez sensu żebym sama próbowała się dogadywać, skoro oni oboje mówią po portugalski. Zaufałam nowemu koledze oraz kierowcy i poszłam spać.

Obudziłam się na wjeździe do Vale do Capao, zdziwiona czemu nie wysiedliśmy wcześniej. Okazało się, że kierowca zapominał o nas i nie może już nas nawet tam podrzucić, bo ma nagle problem z busem. Teraz już byłam zła. Nie dość, ze tracimy czas, to jeszcze mamy dodatkowe kilometry do przejścia. Kolega jednak nie chciał iść, bo przecież przed nami trudny szlak, więc znalazł taksówkę. Powiedziałam mu, że nie ma zamiaru za nią płacić, bo to za dużo i wolę iść na piechtę, on jednak nie chciał się przemęczać, zapłacił więc sam.

CACHOEIRA da FUMACA

Cachoeira da Fumaca to drugi co do wysokości wodospad Brazylii (340 m), po wysokim na 353 m Cachoeira do El Dorado. Szlak jest wyraźny, łatwy w lokalizacji. Najpierw mamy kawałek pod górkę po kamieniach, potem idziemy płaską łąką podziwiając okolice.

W biurach turystycznych, szlak ten oceniany jest jako trudny. Przewodnik kosztuje 180 BRL i taka wycieczka zajmuje prawie cały dzień. Moje koszty to 10 BRL za autobus do Palmeiras i 15 BRL za busa do Vale do Capao. Drogę powrotną pokonałam autostopem. Samo wejście zajęło mi około godziny. Punk widokowy okazał się całkiem okazały. Płaska skała, delikatnie wysunięta, pozwala z góry podziwiać wodospad, który niestety o tej porze roku nie jest zbyt obfity. Kawałek dalej kolejny punkt widokowy na spokojne kontemplowanie otoczenia.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Wszystko poszło sprawnie, szybko i tanio. Wyobraźcie sobie teraz, jak bardzo bym się wkurzyła, gdybym wybrała się na ten szlak z biurem, nastawiona na wspinaczkę (tak jak mi to pani obiecywała), dodatkowo wydając dużo pieniędzy i idąc ślimaczym tempem z grupą. Chyba bym oszalała i resztę dnia miała totalnie niefajną. Teraz przede mną jeszcze doga powrotna. Tu niestety na środki komunikacji musiałabym czekać do wieczora, a to nie za bardzo mi odpowiadało. Od początku wiedziałam więc, że będę musiała wrócić stopem.

Autostopowo po Brazylii

I z tym stopem nie było tak łatwo. Najpierw dostanie się do Palmeiras, zajęło sporo czasu. Tu myślałam, że mojego nowego kolegę zaraz uduszę. W pewnym momencie zaczął strasznie lamentować, że musimy się cofnąć i namówić jakiś bus żeby nas zawiózł, no i w ogóle, że tyle kilometrów przed nami i że nikt nas nie chce zabrać, bo to mało uczęszczana droga itd. Tłumaczyłam mu, że przecież jest to jedyna droga i jak jakiś bus będzie jechał to tylko tędy, więc go zatrzymamy i po sprawie. Racjonalne myślenie jednak nie skutkowało. Gdy już byłam na skraju cierpliwości, udało nam się zatrzymać samochód.

Kierowca, mimo iż posiadał tylko jedna rękę, to na tych wertepach świetnie z autem sobie radził i bezstresowo dowiózł nas do Palmeiras. Tam, tak jak to było wcześniej wiadomo, następny autobus do Lencois był dopiero o 23, a jest samo południe, więc znowu trzeba łapać stopa. Na szczęście kolega jakoś się ogarnął i ruszyliśmy w trasę. Szybko złapaliśmy auto, które dowiozło nas na główną drogę, tam jednak było już ciężko. Niesamowity upał, mały ruch i na dodatek w większości mijały nas duże ciężarówki, którym firmy zabraniają zatrzymywać się na trasie. Szliśmy tak prawie dwie godziny w końcu, jakimś cudem zatrzymał się samochód z właścicielami baru właśnie w Lencois. Mimo, iż auto mieli pełne zabrali też i mnie. Jechaliśmy tak ponad godzinę z zawrotną prędkością w 7 osób w małym osobowym samochodzie.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Nie ważne jak ważne, że do celu. Byłam niewyspana, mega zmęczona marudzeniem kolegi i tym mozolnym łapaniem okazji, więc cieszyłam się, że nie muszę już dłużej stać na tej drodze. Na dzisiaj miałam jeszcze jedną zaplanowaną trasę, jednak odłożyłam ją na jutrzejszy poranek.

Cachoeira do Serrano, Cachoeirinha, Cachoeira da Primavera

Zostały mi do obejrzenia trzy wodospady w okolicy. Wstałam o 6 rano i wybrałam się na samotny spacer w ciszy i spokoju. Po czasie spędzonym w towarzystwie kolegi potrzebowałam trochę samotności. Szlak znowu okazał się łatwy i nie sprawiał żadnej trudności. Przejście zajęło mi około godziny, musiałam się sprężyć z powrotem, bo przecież niedługo mam autobus do Brasilii. Po raz kolejny zdziwiłam się, czemu wszyscy biorą tu przewodników i na dodatek są z nich bardzo zadowoleni i nie dopuszczają do siebie myśli, że mogli by iść bez nich.

Jak było w parku

W Chapada Diamantina spędziłam dwa całe dni i jeden krótki poranek. Pierwszego dnia byłam w punkcie Sossego i na Morro do Pai Inacio z cudownym widokiem na okolicę. To miejsce podobało mi się najbardziej. Drugi dzień poświęciłam na drugi co do wysokości wodospad Brazylii o nazwie Fumaca, natomiast poranek dnia trzeciego wykorzystałam na spacer po okolicznych wodospadach.

Park Narodowy Chapada Diamantina

Jestem bardzo zadowolona, bo spędziłam miły, intensywny czas w brazylijskiej naturze. Cieszę się, że nie dałam się namówić na przewodnika i na trekking nie wydałam ani złotówki. Jednak wodospadów, na chwilę obecną mam już totalny przesyt. Zdecydowanie wolę otwartą przestrzeń i ładne widoki naszych polskich gór od kamienistych koryt rzek. Stwierdzam też, że mimo, iż dla Brazylijczyków szlaki w Parku Narodowym Chapada Diamantina są trudne i wymagające (lecz także przepiękne i niesamowite), to polskiego turysty, przyzwyczajonego do widoku naszych gór, aż tak bardzo one nie zachwycą. Owszem jest tu ładnie i przebywanie na łonie natury jest bardzo miłą odmianą po zgiełku dużych miasta, jednak przy polskich górach, brazylijskie pagórki odpadają w przedbiegach.  Co nie zmienia faktu, że zdecydowanie warto tu przyjechać.

listopad 2017

 

Już niedługo kolejne wpisy na temat Ameryki Południowej. Tymczasem zapraszam do zapoznania się z innymi miejscami, które niedawno odwiedziłam klik.