Patagońskie góry w Torres del Paine

Torres del Paine

Patagońskie góry w Torres del Paine

Patagońskie góry w Torres del Paine, to jeden z symboli tego regionu, o którym najprawdopodobniej słyszał każdy. Niesamowity park Narodowy, którego będąc w okolicy ominąć nie można. Ten patagoński rezerwat, został wpisany na listę UNESCO oraz na listę najpiękniejszych parków narodowych świata. Torres del Paine ogłoszono też ósmym cudem świata. Z posiadania tak zaszczytnych tytułów, jednoznacznie wynika, że park trzeba odwiedzić.

Torres del Paine

Nie tylko góry w Torres del Paine zachwycają

Góry w Torres del Paine to nie jedyna atrakcja tego parku. Znajdziemy tu także przeurocze lasy, kolorowe jeziora, wodospady i ogromne lodowce. Wycieczkę do parku możemy odbyć w stylu backpackerskim, czyli przyjeżdżamy z własnym prowiantem i namiotem. Na nocleg wybieramy dalsze kempingi, poza szlakami, za które nie musimy płacić. Tak przygotowani, możemy w parku spędzić całe tygodnie spacerując po dobrze oznakowanych szlakach, a także przy posiadaniu dobrych informacji wybrać się na wycieczkę niby poza szlakiem, ale także po dobrze wydeptanych ścieżkach. Możemy też się powspinać na okolicznych skałach. Jednak w parku czas możemy także spędzić w luksusie. Do tego służą nam liczne schroniska z bogatą ofertą gastronomiczną. Ceny oczywiście także luksusowe. Jeśli chodzenie po szlakach nie jest naszą mocną stroną, na taką wycieczkę można wynająć przewodnika. Jest tu ich pod dostatkiem. Wybiorą się z nami na parodniowy treking lub tylko na kilkugodzinny spacer.

Torres del Paine

Informacje praktyczne, czyli jak nie zapłacić za wstęp

Do parku przyjeżdżamy z małej miejscowości Puerto Natales, oddalonej o jakieś 115 km od parku. Zajmuje nam to prawie dwie godziny. Do wyboru mamy oczywiście autobus lub autostop, który całkiem nieźle tu działa. Na wstępie do parku, musimy słono zapłacić za możliwość oglądania tych cudownych krajobrazów. Niestety, podróżując po Patagonii płacić trzeba za wszystko, co po jakimś czasie trochę wkurza. I tak, jeżeli płacić nie chcemy, do wyboru mamy kilka opcji.

  • Jadąc własnym autem, możemy wjechać po prostu na pewniaka, nie zatrzymując się przy wjeździe. Jedyne co, to musimy być pewni, którą drogę dalej wybrać.
  • Gdy przyjeżdżamy autobusem lub na stopa, udajemy się do toalety. Tam pan pilnuje wszystkich wychodzących, więc musimy sprytnie go jakoś ominąć i po prostu do parku wejść. Tu także na pewniaka, bez oglądania się za innymi.
  • Trzeci sposób, tym razem wykorzystany przeze mnie jest najprostszy, lecz czasem ciężki do osiągnięcia. Mianowicie poznajemy kogoś, kto w parku pracuje i on załatwia nam darmowy wstęp. Pytacie jak go poznać? Nie jest to zbyt skomplikowane, jednak jeżeli nie uda nam się to przed przyjazdem do parku, zawsze jest szansa, że gdy o odpowiedniej godzinie będziemy łapać stopa, złapiemy jakiegoś pracownika parku.
Krok pierwszy to dostać się do Campamento Torres del Paine

Jest to pierwszy i chyba największy kemping w parku. Od głównego wejścia dzieli go około 8 km. Żeby się tu dostać należy albo skorzystać z autobusu, płatnego oczywiście, albo ten fragment dzielnie przespacerować. Przejażdżkę możemy odbyć oczywiście za darmo przy odpowiednich znajomościach, jednak jeśli ich nie posiadamy, to po prostu idąc łapiemy tu stopa. Mi się udało złapać straż parkową, więc było całkiem nieźle.

Torres del Paine

Moje ścieżki w parku Torres del Paine

Niestety parku nie zwiedzałam sama, musiałam dzielić namiot, więc nie byłam tak niezależna jak chciałabym być. I mimo, iż w parku spędziłam trzy dni, to nie udało mi się zobaczyć zbyt wiele.

nocleg nr 1

Do Torres del Paine dotarłam około godziny 18. Chcąc uniknąć tłumów i płatnego obozowiska, od razu ruszyliśmy w górę w stronę najbardziej popularnego punktu widokowego. Minęliśmy kolejne płatne pole namiotowe o nazwie Camping Chileno i tak po paru godzinach, udało się dojść do Campamento Torres. Szybkie rozstawienie namiotu, gotowanie i spanie. Następnego dnia, okazało się, że wcale nie musieliśmy się tak spieszyć z tym spaniem, bo mamy na to jeszcze wiele czasu. Obfity deszcz lał aż do godziny 14. Potem ruszyliśmy szybko na sławny punkt widokowy – Mirador de las Torres. No ładne nawet to jeziorko. I chmury się rozeszły tak, że widać było wszystkie sławne okoliczne szczyty. Było na co popatrzeć.

Torres del Paine

Po zejściu, mimo późnej pory i niepewnej pogody na jutro, postanowiliśmy nie robić już nic w okolicy, tylko zwinąć namiot i ruszyć dalej. I tak szliśmy i szliśmy i dalej szliśmy. Robiło się zimno i deszczowo, a my dalej szliśmy. Widoki były przecudne. Lago Nordenskjold, mimo złej pogody, prezentowało się wyśmienicie. Robiło się jednak coraz ciemniej.

nocleg nr 2

Mieliśmy do wyboru dojść kawałek dalej do Camping Cuernos lub iść dalej. Pierwsza opcja była ryzykowna. Nie wiedzieliśmy czy uda nam się nie płacić za nocleg, dlatego ruszyliśmy dalej, pod górkę. I tak przez najbliższą godzinę totalnie pod górę. Ostatnie pół godziny po ciemku i w mega ulewie, ale uff… doszliśmy. Camping wspinaczkowy dzisiaj okazał się pusty, co dla nas było na rękę. Mogliśmy od razu zająć mały szałasik kuchenny, schronić się przed wiatrem, deszczem i ugotować coś ciepłego. Niestety najpierw trzeba było zejść do rzeki po wodę. Ręce myślałam, że mi odmarzną, ale woda jest. Rozstawienie namiotu też nie należało do najłatwiejszych czynności. Jednak moment w którym w końcu weszłam do mojego kochanego śpiwora i zakryłam się nim po czubek głowy tej nocy był cudowny.

Torres del Paine

Rano znowu czekanie. Wiatr wiał niemiłosiernie. Ciężko było nawet ustać spokojnie. Na początku towarzyszył mu też deszcz, jednak potem ustał. Znowu na szlak wyruszyliśmy dopiero późnym popołudniem. Spacer doliną o nazwie Valle Bader nie był trudny. No dobra, trochę na koniec trzeba było skakać po kamieniach, ale generalnie nic nadzwyczajnego. Jednak przy tym wietrze okazał się on być mega ciężki. Gdy doszliśmy do jeziorka, szybkie kilka fotek i czas wracać. Owszem widok był super, jednak pogoda odbierała nam przyjemność z jego podziwiania.

nocleg nr 3

Po powrocie głodni i zmęczeni, spojrzeliśmy tylko w niebo, żeby upewnić się, że na pewno nie widać tam nic jasnego. Nie mieliśmy ochoty schodzić z gór. Kolejne parę godzin w deszczu i chyba nawet odrobinie śniegu nie prezentowały się zachęcająco. Zostaliśmy więc na kolejną noc.

Torres del Paine

Następnego dnia niestety czas było wracać. Tym razem zejście odbyło się w całkiem przyjemnej pogodzie. O 14 stałam już dzielnie u wylotu parku i łapałam stopa do El Calafate.

Już tęsknię za tymi górami w Torres del Paine

Moje wrażeni z parku niestety są trochę mieszane. Po pierwsze nie miałam wystarczająco czasu na zrobienie sławnej pętli o nazwie ‘W’. Zajmuje ona ponad tydzień, jednak podobno jest bardzo ładna. Po drugie pogoda była koszmarna, co niestety też jest w Torres del Paine standardem. Ale… poza tymi niedogodnościami, widoki były przecudowne. Park jest olbrzymi, ja miałam okazje zobaczyć tylko jego namiastkę, jednak po tym co widziałam, jestem pewna, że tu wrócę. Będę miała zapas jedzenia na miesiąc i nie straszna mi będzie zła pogoda. O tak, taki jest plan. Chcę zobaczyć resztę. To co widziałam rozbudziło moją ciekawość. Góry są piękne, trzeba tylko mieć na nie wystarczająco czasu.

styczeń 2018

 

Już niedługo kolejne wpisy na temat Ameryki Południowej. Tymczasem zapraszam do zapoznania się z innymi miejscami, które niedawno odwiedziłam klik.