Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Tak moi drodzy, podróżnicza wtopa zdarza się każdemu. Nie ważne, jak świetnie jest się przygotowanym do wyjazdu, zawsze zdarza się coś, czego przewidzieć się nie da. Na ogół jest szybka reakcja  i po problemie. Czasem pewne niedociągnięcia można sprawnie zamienić w pozytyw, a czasem je zaakceptować i stwierdzić, że tak właśnie miało być. Jednak nie zawsze jest to takie proste.

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Zaczął się trzeci tydzień mojego pobytu w Chinach. Jestem już trochę zmęczona. Intensywne zwiedzanie, przechodzone dziesiątki, jak nie setki kilometrów i wiele nieprzespanych nocy spędzonych w zatłoczonych pociągach. Dzisiaj ogarnął mnie lekki przesyt, wszechogarniająca chińszczyzna  przestała robić wrażenie, a zaczęła męczyć. W takim momencie, wystarczy drobiazg żeby zamienić przyjemność w irytację.

Zaplanowany kolejny dzień zwiedzania

Na dziś zaplanowane mam zwiedzanie miasta Chengde. Wyczytałam w przewodniku, że koniecznie trzeba je odwiedzić. Na potwierdzenie, że warto jechać 255km w jedną stronę, na niecały dzień, przejrzałam internetowe relacje blogerów. Wszyscy jednoznacznie twierdzili, że warto. No to jadę. Spędziłam 12 godzin w pociągu z Xi’an do Pekinu. Do stolicy dojechałam o 6 rano, a już o 8 miałam odjazd pociągu do Chengde. Kolejne pięć godzin jazdy w przepełnionym wagonie, no i jestem. Pełna optymizmu wychodzę ze stacji.

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Jest przeraźliwie zimno i wieje silny wiatr. Taka pogoda na tym wyjeździe jeszcze mi się nie przytrafiła. Trudno, nie mam przecież na nią żadnego wpływu. Po wyjściu z dworca, od razu rzucili się na mnie taksówkarze, oferujący swoje usługi. Sprawnie ich omijam i idę dalej. Punkt pierwszy to zrzucić ciężki plecak z którym wczoraj dzielnie maszerowałam cały dzień w pięknej miejscowości Pingyao. W tutejszym hostelu, mam zarezerwowany nocleg na jedna noc i jak najszybciej chcę do niego dojść.

Na telefonie pozostało 2 procent, co wywołuje we mnie lekkie napięcie, bo przecież tylko tam mam chiński adres hostelu i mapkę jak do niego trafić. Obieram kierunek i dzielnie idę pod wiatr. Po chwili orientuje się, że coś tu nie gra. Po stronie rzeki, gdzie miał się znajdować hostel są tylko góry, więc niemożliwe, żeby on tam był. Pytam pierwszego napotkanego Chińczyka, pokazując na telefonie chiński adres obiektu. Coś tam pomachał rękami, dzielnie po swojemu potłumaczył i wskazał kierunek marszu. Przechodzę kolejne metry i pytam dalej, niestety nie wszyscy wiedzą gdzie to może być. Już wiem, że nie będzie łatwo, byle tylko bateria w telefonie wytrzymała.

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Po pół godzinie błądzenia, jestem już chyba niedaleko. Na horyzoncie mignął mi Bank of China, tam na ogół ktoś mówi po angielsku, więc próbuje swoich szans. Trzy miłe panie, częstują mnie wodą i zastanawiają się, gdzie może być miejsce mojej destynacji. Z angielskim u nich słabo, ale przynajmniej się starają. Jedna pani nagle gdzieś dzwoni. Dostaję informację, ze zaraz ktoś po mnie przyjdzie. Uff, udało się, po 5 minutach jestem na miejscu.

Tak wygląda podróżnicza rzeczywistość

Hostel czystością nie grzeszy. Mapkę miasta można oczywiście zakupić, ale za niemałe pieniądze, więc z niej rezygnuję. Zerkam na plan miasta zawieszony w recepcji, nie wygląda skomplikowanie, więc chyba sobie poradzę. Teraz jednak najważniejsze to upolować coś do jedzenia. Po dwudziestu godzinach w drodze, moje zapasy się skończyły, a ja umieram z głodu. Wychodzę na ulice, idę w konkretnym kierunku, ale wybieram mniejsze uliczki. Bingo, pan robi naleśniki. Po tych, które jadłam w Pingyao i w Xi’an’ie, jestem pewna, że te też będą dobre. W pewnym momencie pan obficie wypełnił je cukrem, mnie aż na ten widok cofnęło, a mój optymizm umarł po raz kolejny. No trudno, coś trzeba zjeść. Dalej kupuję od następnej pani ciepłą bułkę, nawet smaczna. Wracając zaopatrzyłam się w taką samą na jutrzejszą podróż, tym razem jednak, nie wiadomo czemu, zapłaciłam za nią więcej. Już wiem, że okolice stolicy rządzą się innymi prawami niż wcześniej poznane przeze mnie Chiny. Jest drożej i trzeba zacząć uważać na oszustów.

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

W końcu dochodzę do atrakcji turystycznej, której walorami zachwycał się każdy. Jednak 90zł za bilet wstępu wywołuje we mnie irytację. Wiem, że to Chiny i tu za każde wejście płaci się niemałe pieniądze, jednak są miejsca, gdzie nie mogę się z tym pogodzić. Tak było w Dazu, tak jest i teraz. Przejechałam sporo kilometrów, żeby się tu znaleźć, więc głupio byłoby nie wejść. Wchodzę, jednak wiem, że wejście to, nie ucieszy mnie aż tak bardzo.

Wyczekana atrakcja turystyczna

Cesarski kurort z początku XVIII wieku, miał mnie zachwycić, a osłonięta nadrzeczna równina wprawić w zdumienie. Owszem, góry widoczne w oddali wyglądaj przepięknie, jednak widziałam, je już z pociągu. Postanawiam dać szanse Głównemu Pałacowi – Zheng Gong, położonemu wokół dziewięciu dziedzińców (9 ma znaczenie niebiańskie). Owszem jest tu ładnie, budynek całkiem fajny, choć spodziewałam się nieco większego obiektu. Dziedzińce nawet urokliwe, jednak malutkie wnętrza, w których zobaczyć mogę tylko parę wazonów i innych mało istotnych rzeczy (także zakurzony tron), nie robią wrażenia, może dlatego że większość oglądać trzeba przez brudne szyby.

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Wychodzę do parku. Teren całkiem spory i srebrzyste tafle jezior w promieniach słońca wyglądają bardzo ładnie.  W oddali widzę różne budyneczki, trzeba więc do nich zajrzeć. Wyczytałam, że zobaczę tu niesamowity Pawilon Mgły i Deszczu, w którym to niegdyś cesarz oddawał się kontemplacji, do tego Złotą Górę, czyli małe wzniesienie z pagodą, zwaną Budynkiem Boga. Na wodzie natomiast czekała na mnie perełka kurortu, czyli Pawilon Wodnego Serca, a obok niej na wysepce Cenglang, Świątynia Wiecznego Błogosławieństwa. I wiecie co? Wszystko to zobaczyłam, a nawet o wiele więcej bo park ten jest świetnie zaprojektowany, alejki są urocze i prowadzą po naprawdę pięknych terenach. Nawet tu ładnie i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało. Tylko czemu to tyle kosztowało? No i  dlaczego tak mocno wieje, że musze w 20 stopniach Celsjusza, chodzić w puchówce i z kapturem na głowie szczelnie zaciśniętym, co zdecydowanie nie wprawia mnie w sielankowy nastrój.

Czy mam Wam o tym opowiadać?

Długo zastanawiałam się czy pisać o miejscowości Chengde. Słynie ona z dwóch atrakcji. Wcześniej wspomnianego kompleksu pałacowego oraz leżących w odległości kilkunastu kilometrów 8 świątyń zewnętrznych (oryginalnie było 12).  Pałac zobaczyłam, a o świątyniach wyczytałam, że w większości są zniszczone i rozrabowane, do tego częściowo zamknięte, co skutecznie rozgrzeszyło moje sumienie z ich oglądania. Do tego, w obecnym nastroju, nie miałoby to większego sensu. Gdzieś z tyłu głowy miałam także informację, ze muszę iść wcześnie spać, bo o 4 mam pociąg z powrotem do Pekinu, a w końcu wyspać się też kiedyś trzeba.

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Mimo, iż było tu całkiem ładnie, to nieuczciwe byłoby napisanie, że jest tu cudownie i koniecznie trzeba odwiedzić Chengde. Owszem napisałabym coś o historii tego miejsca, wspomniała o legendzie mówiącej jaki to pech to miasto przynosi (tragicznie zmarło tu przynajmniej dwóch cesarzy). Jednak nie prawdą jest, że trzeba tu przyjechać. Po dzisiejszym dniu wiem, że nawet najpiękniejsze miejsce może popsuć niekorzystny zbieg czynników zewnętrznych.

Naprawdę jest tu ładnie, a kompleks pałacowy jest niepowtarzalnym obiektem, którego nie da się zobaczyć nigdzie indziej i w innych okolicznościach, może i bym się nim zachwyciła. Jednak teraz, wolałabym czas i pieniądze zaoszczędzony na wizycie w Chengdu, przeznaczyć na spokojny dzień gdziekolwiek, byle odpocząć, nacieszyć się spokojem i najeść do syta, może nawet jakimś fastfoodem dla odmiany (chociaż na co dzień ich nie popieram).

Podróżnicza wtopa, na podstawie Chengde

Cała prawda o podróżowaniu

W podróży nigdy nie wiemy co nas czeka, musimy ślepo zaufać innym i zdać się na ich emocje i odczucia odnośnie jakiegoś miejsca. Niby tłum się nie myli, czasami też historia każe nam coś zobaczyć i z tym nie ma co dyskutować. Czasami jednak trzeba zdać się na własną intuicję oraz swój stan fizyczny i psychiczny, który ma olbrzymi wpływ na naszą satysfakcje z odwiedzanego miejsca. Czasami po prostu trzeba odpuścić. Wiem, że ciężko to zrobić, jest się tak blisko jakiejś atrakcji i prawdopodobnie nigdy więcej się tu nie przyjedzie. Na dodatek, jak odpuszczamy to żałujemy, bo może rzeczywiście to byłoby niesamowite. Pamiętajmy jednak, że niesamowite podróżnicze rzeczy można przeżyć nie tylko oglądając coś co wszystkich zachwyca, ale także, a może przede wszystkim, zagłębiając się w zwyczajne życie mieszkańców obcego dla nas kraju. Najważniejsze by ze swoimi decyzjami, czuć się dobrze, a czasami trzeba po prostu wziąć głęboki oddech, uśmiechnąć się i zapomnieć o minionej wtopie.

maj 2017