Urugwajska farma, czyli z wielkiego miasta na wieś

Urugwajska farma - wolontariat workaway

Urugwajska farma, czyli z wielkiego miasta na wieś

Urugwajska farma – z wielkiego miasta na farmę, czyli jak to jest po zwiedzaniu dużych zatłoczonych metropolii, przenieś się wprost na wiejskie pustkowie. Przekonałam się o tym w Urugwaju, gdzie pośród zielonych łąk i pagórków postanowiłam spędzić prawie dwa tygodnie.
Długo zastanawiałam się jak mam wam to doświadczenie opisać, gdyż wrażenia miałam mieszane. I to może nie ze względu na sama farmę i czynności z nią związane, ale na ogólnie mówiąc, czynności z nią niezwiązane, a raczej brak jakichkolwiek działań. Już tłumacze o co mi chodzi.

Portal Workaway.info

Na farmie jestem na zasadzie Workaway, czyli w skrócie mówiąc, ja mam bezpłatny nocleg i jedzenie, a w zamian pomagam gospodarzom w ich codziennych czynnościach. Dodatkowo mam okazję nauczyć się nowych rzeczy, a przede wszystkim zaznajomić z kulturą i tradycjami danego kraju. I właśnie ogólnoświatowy portal Workaway, umożliwia znalezienie takiego typu miejsc wolontariuszom i takich pracowników – wolontariuszy, gospodarzom. Innymi słowy korzyści obopólne, przynajmniej w teorii.

Tradycyjna urugwajska Estancia

Na swoją pierwsza przygodę z tego typu wolontariatem, wybrałam tradycyjną urugwajską estatncję. Ogromną farmę z 1500 sztukami krów, 3000 tyś. owiec i 70 końmi. Do tego biegają tu jakieś kury oraz psy, które są takimi samymi pracownikami, jak ludzie. Z ludzi mamy Nestora i Joanę, on robi wszystko ze zwierzętami, a ona sprząta i gotuje. I na tym koniec, gdyż nie jest tak jak myślałam, czyli, że na estanci mieszka także rodzina właścicieli. Jak się okazało, rodzina mieszka w mieście, a na farmę przyjeżdżają tylko na parę dni. Podczas mojego dziesięciodniowego pobytu, trzy dni był z nami ojciec rodziny Nelson oraz trzy dni syn i pomysłodawca wprowadzenia workawaya na farmę – Juan. Mówię z nami, gdyż nie byłam tam jedynym wolontariuszem. Był także Gustavo, brazylijski chłopak, który większość czasu spędzał popijając cashace i oglądając tv. Czasem mamrotał też coś do siebie.

Co mi się nie podobało

Podczas takiego pobytu, całkowicie jest się zdanym na wolę swoich gospodarzy, tym bardziej, że do najbliższego miasteczka było około 8 km, więc codziennie chodzić się nie da. Po pierwsze i najważniejsze nie podobał mi się czas kiedy na farmie nie było ani Nelsona, ani Juana. W tedy nie było nikogo, kto mógł się nami zająć. Więc najpierw dostawaliśmy beznadziejne zadania, jak przenoszenie mebli w tą i z powrotem, czy czyszczenie pokoju zarośniętego grzybem. Prace te były mało fajne, jednak zabierały też bardzo mało czasu. Więc najpierw przez dwa, a potem przez cztery dni totalnie się nudziłam. Siedziałam na odludzi z dziwnym człowiekiem Gustavo i nie miałam co robić. Tzn. miałam, bo obrabiałam fotki i napisałam sporo artykułów, jednak nie o to w tym doświadczeniu miało chodzić. Do tego nie było internetu, bo jakoś po jednym dniu szybko się skończył.

Urugwajska farma - wolontariat workaway

Nie podobało mi się także jedzenie. Bułki z dżemem na śniadanie i makaron z mięsem na lunch o godzinie 12 i obiad o godzinie 21. Niestety to mięso często ciężko było wypatrzeć, bo większość to były kości z tłuszczem, więc po jakimś czasie się poddałam i pozostałam tylko przy makaronie.

Ciężko patrzyło mi się też na cierpienie zwierząt. Głównie krów, bo z nimi pracowałam najwięcej. Strasznie przerażone i zestresowane. Były momenty oddzielenia młodych cieląt od ich matek. I mimo iż trwało to chwilę, krowy przeraźliwie wyły. Można było wyczuć ich strach, a najgorsze, że nie można im wytłumaczyć, że przecież nic złego się nie dzieje

Co mi się podobało

Przejażdżki konne, dumnie nazywane tu pracą. Cała sprawa polegała na tym, że jechało się hen, hen daleko, podziwiając piękne krajobrazy wokoło. W to dalekie miejsce trzeba było zaprowadzić stado krów lub je stamtąd zabrać. Czynność niezbyt skomplikowana zwłaszcza w parę osób. Natomiast przemierzanie tych bezkresnych łąk, na spokojnym, wygodnym koniu, zapamiętam na zawsze.

Urugwajska farma - wolontariat workaway

Podobały mi się tez dźwięki otaczającego mnie świata. Non stop, w dzień i w nocy słyszałam najróżniejsze ptaki, owady i zwierzęta. Na całej estanci i na całym jej terenie nie było miejsca w którym panowała by cisza. Wszędzie coś skrzeczało, piszczało lub wyło. W życiu bym nie sądziła, że mi się to spodoba, mi osobie żyjącej w ciszy. A jednak

Jakie prace wykonywałam

Prace porządkowe, czyli przenoszenie mebli, czyszczenie starych gratów, skrobanie furtki ze starej farmy, budowanie kojca dla psów. Było tego niewiele i zajmowało mało czasu (max 2 godziny dziennie i to w te dni, gdzie nic innego nie było do roboty).
Prace ze zwierzętami, gdzie największe wrażenie zrobił na mnie prysznic krów. Każde stado, około 200 krów, raz na trzy miesiące musi wciąć chemiczny prysznic, w celu odrobaczenia, czy czegoś w tym stylu. Zwierzęta te trzeba zagonić do zagrody, a potem do wąskiego korytarza w którym po kolei idą pod prysznic. Trwa to niesamowicie długo (jedno popołudnie na jedno stado), przy czym dla zwierząt jest to bardzo stresujące. Ten strach można dokładnie poczuć będąc w ich towarzystwie.

Urugwajska farma - wolontariat workaway

Kolejna praca to przyprowadzanie lub wyprowadzenia bydła na konkretna łąkę. To robimy na koniach, wiec jest to całkiem przyjemna sprawa. Miałam okazje towarzyszyć też przy przyprowadzaniu stada owiec. To już nie było takie proste, bo zwierząt tych trzeba szukać na otwartym terenie i zajmuje to bardzo dużo czasu

Co ciekawego widziałam

Oprócz oszałamiającej natury i przepięknych terenów zielonych, wrażenie wywołały na mnie też zwierzęta. Chyba nigdy nie widziałam tylu krów lub owiec w jednym miejscu. Niestety widziałam też coś nieciekawego. Krowę, której ciele utknęło w trakcie porodu i nie dało się go wyciągnąć. Ciele po paru minutach zmarło, a Nestor przez następne godziny próbował je bezskutecznie z krowy wyciągnąć. Nie udało się, musiał przyjechać weterynarz i zrobić operację. Na szczęście krowa przeżyła.

Urugwajska farma - wolontariat workaway

Doświadczenia z farmy były niesamowite. Gdyby nie te beznadziejne nudne dni, powstałe przez brak zainteresowania wolontariuszami, doświadczenie to uznałabym za wybitne. Jednak to i ohydne jedzenie popsuły trochę ogólne wrażenie. Pracy ze zwierzętami nigdy nie zapomnę.
Mimo, iż portal z którego korzystałam nazywa się workaway, to z pracą za wiele wspólnego nie miał. Znajdziemy też komercyjne farmy, oczywiście z dużo lepszym jedzeniem i zakwaterowanie, ale tam za mieszkanie, konne przejażdżki lub możliwość obcowania ze zwierzętami trzeba zapłacić majątek. Ja miałam to za darmo i to na dodatek z dużą ilością wolnego czasu, gdzie mogłam powłóczyć się po okolicy. Takie doświadczenie polecam każdemu.

grudzień 2017

 

Chcesz wiedzieć więcej na temat Ameryki Południowej? Zapraszam do odwiedzenia razem ze mną, wspaniałych miejsc, które udało mi się tam zwiedzić – Ameryka Południowa.